piątek, 19 września 2014

Rozdział XIII. 'Nie jesteś sama. Masz swoją prywatną gwiazdę, która nigdy Ciebie nie opuści'

Dwa miesiące później śniegowa kołderka pokryła ziemię. Świat zrobił się smutniejszy, bez ptaków czy kwiatów, które dotąd pokazywały radość życia. Przyszła nostalgia i długie zimowe wieczory. Andreas, co prawda, niebieskich skarpetek nie zakupił, ale odłożył pieniądze i nabył łóżeczko, które już poskręcane czekało na narodziny trzeciego członka naszej rodziny w świeżo wymalowanym na zielono pokoiku. Za niespełna trzy miesiące na świecie mieliśmy powitać... no właśnie. Tu pojawiał się problem. Dziewczęce imię wybralibyśmy bez zastanowienia, gdyż każde z nas miało jakiś typ. Ale z nazwaniem chłopca był zdecydowanie większy problem. Od miesiąca głowiliśmy się, jakby nazwać Wellingera Juniora, ale nic nie przychodziło nam do głowy.

- Carina, nie śpieszmy się z tym wyborem. To poważna sprawa - skoczek stwierdził pewnego grudniowego wieczoru, kiedy siedzieliśmy już w ciepłych piżamach na sypialnianym łóżku - Może poradzimy się taty, pomógłby nam.
- Podoba mi się ten pomysł. Już za tydzień Wigilia, ten czas tak szybko zleciał - stwierdziłam. Uwielbiałam świąteczną atmosferę, chociaż doświadczałam jej głównie w Domu Dziecka, gdzie byłam jednym z wielu podmiotów czekających na choćby mały prezent. To Boże Narodzenie miało być na swój sposób wyjątkowe - Jutro stroimy choinkę!
- Kochanie, masz na to ochotę? Przecież na święta i tak idziemy do taty. Był mocno przejęty tym, że zgodziliśmy się przyjąć jego zaproszenie - usłyszałam. Było to prawdą. Mecenas Wellinger już od trzech tygodni ustalał menu na wigilijną kolację.
- Tak, zróbmy to. To nasze ostatnie święta w takim gronie - pogłaskałam dłonią brzuch - Zapamiętajmy je. Potem i tak szybko musisz jechać na zawody do Oberstdorfu. Musimy jechać - poprawiłam wcześniej wypowiedziane zdanie. Oboje stwierdziliśmy, że na niemieckie konkursy udam się wraz z ukochanym. Byłam w siódmym miesiącu ciąży i czułam się doprawdy znakomicie! Cieszyłam się, że z wysokości trybun będę mogła go dopingować, zawsze sprawiało mi to radość. A od lutego, kiedy mieliśmy zostać rodzicami pozostanie mi jedynie zmienianie pieluch i karmienie malca, a nie ściskanie kciuków i zdzieranie gardła na skoczniach.


Spojrzałam na chłopaka. Siedział, oparty na dwóch poduszkach. Położyłam głowę na jego torsie. Zaczął bawić się moimi włosami. Było idealnie. Poczucie bezpieczeństwa powróciło. Strach pobiegł dalej przed siebie, a jego obojętność się wycofała. Okazało się, że potrafiliśmy żyć w zgodzie ze sobą i swoimi przekonaniami.



- Już jesteście! - staliśmy z Andreasem, trzymając się za dłonie, na ośnieżonym progu domu pana Stefana, kiedy ten z radością otworzył przed nami drzwi. Za nami w ciepłym i długim do kostek płaszczu chowała się pani Valerie, której nie mieliśmy serca zostawiać samej w święta. Zbyt dużo jej zawdzięczaliśmy - Wesołych Świąt, kochani!


Mężczyzna podszedł najpierw do mnie, potem do swojego syna, całując każde z nas po kolei. Naszą kochaną sąsiadkę pocałował w dłoń i zaprosił do środka.  Prezent dla ojca Andi położył pod choinką, a następnie zajął miejsce przy stole tuż obok mnie. Do naszych nozdrzy dotarł przecudowny zapach pieczonej kaczki. Mieszał się z wieloma aromatami potraw, które na stole czekały na jedzenie.


- Tato, z Cariną - Andreas złapał mnie za dłoń, leżącą na mojej nodze i ścisnął delikatnie - od jakiegoś czasu wybieramy imię dla naszego syna, ale nie możemy się zdecydować. Chcielibyśmy prosić ciebie o pomoc.
- Mnie o pomoc? Mnie podoba się wiele imion, synu. Toni, Jonas, Matthias czy Bastian. Do was należy decyzja - usłyszeliśmy. W uszach brzmiały mi te cztery męskie imiona. Wiedziałam, że to spośród nich będziemy wybierać. Moją uwagę przykuło ostatnie z imion.
- Bastian? Brzmi naprawdę ładnie - stwierdziłam.
- Owszem. Wspaniały niemiecki tenisista stołowy, którego jak dobrze wiecie jestem kibicem, Bastian Steger nosi to imię. A i piłkarz, Reinhardt ma zaszczyt mieć je wpisane w dowodzie.
- Co o nim sądzisz, kochanie? - spojrzałam na chłopaka. Uśmiechnął się do mnie szeroko i delikatnie kiwnął potakująco głową. Widział, że ojciec całym sobą starał się pomóc i wybrał naprawdę przyzwoite imię.
- Chcę tak nazwać syna. Bastian Wellinger.
- Bastian Erik Wellinger - powiedziałam nagle. Erik. Jak chłopak z pociągu. Chłopak, który mieszka kilkaset kilometrów ode mnie, a uratował mnie i moje dziecko. Podniósł na duchu, pozwolił zrozumieć życiowe wartości nawet nie zdając sobie z tego sprawy.


- Tato, nie krzątaj się już tak w tej kuchni, wszystko dopięte na ostatni guzik. Wywiązałeś się ponadprzeciętnie - stwierdził młody Wellinger, wkraczając do kuchni po dwudziestu minutach czekania na gospodarza, który poszedł wyłączyć piekarnik z piekącą się kaczką, która już była gotowa do spożycia. Natomiast ja wraz z panią Meyer przy oknie wypatrywałyśmy pierwszej gwiazdki, która zajaśniałaby na niebie, pozwalając rozpocząć ucztę.
- Gdyby niebo było zachmurzone, nie dziwiłabym się, że żadnej nie widzę! Ale jest czyste, a nic się nie świeci - stwierdziłam.
- Bądź cierpliwa, dziecko - staruszka uśmiechnęła się do mnie ciepło - A jeśli już czekamy na tą gwiazdę opowiem ci pewną historię. Właśnie o tych ciałach niebieskich.
Pokiwałam z zadowoleniem głową i oparłam się o salonowy parapet. Kobieta przystawiła sobie krzesło do okna i zaczęła opowiadać.


- Od dziecka kochałam patrzeć w gwiazdy. Nigdy nie były dla mnie czymś niesamowitym, jedynie pozytywnym wrażeniem wzrokowym. Dopóki nie poznałam mojego męża. Albert był najcudowniejszym mężczyzną, jakiego Bóg mógł mi zesłać. Pewnej nocy zabrał mnie za miasto, na wielką polanę. Położyliśmy się na trawie i zaczęliśmy podziwiać niebo. Pokazywał mi gwiazdy, opowiadał o gwiazdozbiorach. Od razu było widać, że się tym interesuje. Nagle ujrzałam jedną, która migotała. I wówczas z ust mojego ukochanego usłyszałam coś niesamowitego. 'Za każdym razem, kiedy widzisz świecącą gwiazdę, uśmiechnij się. To ktoś, kogo bardzo kochasz wysyła ci sygnał. Mówi - tęsknię! Przypomina o sobie. Przypomina, że jest, że cię kocha. I nigdy o tobie nie zapomni. Gdziekolwiek ten ktoś jest. W mieście dwadzieścia kilometrów stąd, na innym kontynencie czy świecie. Pamiętaj, że nie jesteś sama. Masz swoją prywatną gwiazdę, która nigdy ciebie nie opuści'


Z oczu staruszki popłynęły łzy. Andreas podszedł do mnie, pomógł wstać i mocno przytulił, bo i ja się rozkleiłam. Ta opowieść miała przesłanie. Gwiazdy to nasze znaki, informatory, że nie jesteśmy sami. Zawsze znajdzie się ktoś, kto kocha, tęskni czy chciałby przytulić, ale nie może. 'Spójrz w niebo i znajdź migoczącą gwiazdę. Niech swym blaskiem przypomni tobie o mnie'


Zostałam tym rozbita. Ale chyba pozytywnie. Wróciła pamięć o rodzicach i strach przed utratą Andreasa czy nawet pana Stefana. Podróż pociągiem z Erikiem czy rozmowy z szaloną Heidi i roztrzepanym Marinusem. Podziękowałam cicho pani Meyer za tę historię, całując ją w policzek. Kiedy już znaleźliśmy tą wyczekiwaną plamkę na niebie, podzieliliśmy się opłatkiem. Życzyliśmy sobie dużo zdrowia, miłości w rodzinie, zrozumienia i radości z bliskich już narodzin maleństwa. I przyszedł czas na rozpakowanie prezentów. Razem z Andreasem podarowaliśmy ojcu zapinki do marynarki, które skrzętnie kolekcjonował i z chęcią ubierał na spotkania. Zaś pani Valerie dostała od nas małego kotka, który już od dwóch tygodni mieszkał z kobietą. Sąsiadka bardzo ucieszyła się na nowego lokatora, w końcu nie musiała czuć się taka samotna. Kiedy przyszła kolej na obdarowanie nas, pani Meyer wręczyła nam ślicznie zapakowany i udekorowany kokardą prostokątny prezent. Starannie odwiązałam wstążkę tak, by nie uszkodzić papieru. Zza niego wyłonił się karton. Odchyliłam wieko i ujrzałam kolorowe śpioszki, kaftaniki, maleńkie skarpetki czy body. Zafascynowana zaczęłam je wyjmować i się nimi zachwycać. Były naprawdę piękne, a my wyprawkę dopiero zaczęliśmy kompletować.


- Oniemiałam, te ubranka są takie maleńkie i śliczne! - niemal krzyknęłam. Rzuciłam się na szyję kobiecie drugi raz tego wieczoru.
- Carina, spokojnie, jeszcze prezenty ode mnie - uśmiechnął się do mnie ojciec Andreasa i wyszedł z pokoju. Zdezorientowani podążyliśmy za nim wzrokiem. Po chwili wszedł do salonu... pchając fioletowy wózek! Otworzyłam szerzej oczy, nie mogąc uwierzyć, jak zostaliśmy odciążeni od wydatków. Ale to nie było wszystko.
- Proszę, jeszcze to chciałbym wam podarować - wręczył na ręce swojego syna średniej wielkości kopertę. Andreas spojrzał najpierw na ojca, potem na mnie i zaczął ją otwierać. W środku znalazł jakieś klucze - To klucze do waszego nowego mieszkania. Jest większe od kawalerki, którą teraz zajmujecie. Fakt, to nie dom, ale póki co, jestem w stanie dać wam tylko tyle.
- Aż tyle - poprawiłam mężczyznę, wtulając się w niego jak mała dziewczynka. Nie wiedziałam, co powiedzieć. Byłam przeszczęśliwa. W końcu nasza rodzina miała się wkrótce powiększyć, a mieszkanko jakby się zmniejszyło przez łóżeczko i specjalnie kupioną komodę z przewijakiem. Byłam mu wdzięczna, że w końcu docenił, że nie jestem jego wrogiem, ale jednym z największych przyjaciół.
- Będziecie mieć kawałek dalej do centrum. No i rozstaniecie się z panią Valerie, ale myślę, że niespodzianka się udała.


Udała, jak żadna inna. Ten wieczór nabrał szczególnego znaczenia, był początkiem czegoś nowego. Siedzieliśmy tak do późna, kiedy to Andreas zawiózł panią Valerie do jej mieszkania. Kobieta nie chciała zostawiać swojej kotki na noc samej, dlatego też nie skorzystała z opcji nocowania u ojca mojego ukochanego. Kiedy tylko chłopak wrócił i przyszedł do pokoju gościnnego, gdzie na niego czekałam, przytuliłam go.


- Zaczynamy nowe życie, Andreas. Z nowym mieszkaniem i dzieckiem.
- I nauką o gwiazdach. Kiedy będę daleko, ale i blisko, lecz poza zasięgiem twych ramion, bądź moją gwiazdą. Mrugaj do mnie, kiedy będziesz potrzebować. Wyślę swoją miłość. Zawsze będę blisko, zawsze będę tęsknił, zawsze będę ciebie kochał.
- Bądźmy dla siebie gwiazdami z opowiadania pani Valerie. Migotajmy. Bądźmy swoimi drogowskazami.
- Cieszmy się sobą. I nigdy o sobie nie zapomnijmy.
- Nasz syn będzie scaleniem tego uczucia. Odsłoń zasłonę i spójrz w niebo - poprosiłam, a chłopak wykonał polecenie.
- Widzę świecącą gwiazdę - wskazał palcem na przestrzeń za oknem.
- Tęsknię. Wysyłam sygnał. I zawsze będę. Zamigotam nawet wtedy, kiedy coś nas rozdzieli.
- Nic nas nie rozdzieli, Carina. Zbyt mocno Cię kocham, by nawet śmierć stanęła nam na przeszkodzie.



Łzy płynące po policzkach. Iskierki w mokrych od płaczu oczach. Pojęcie sensu wielu spraw. i miłość. Moment, w którym uświadamiasz sobie piękno świata. Gwiazdy mówiące ludzkim językiem. Cudowna noc spełniających się marzeń. O szczęśliwym domu i ciepłych ramionach, których nikt nie jest godzien mi odebrać.



Dzień dobry! :)
Przybyłam po dłuższej nieobecności, która potrzebna mi była do uporządkowania życia. Nowego, licealnego już życia. Na początku było ciężko, ale wierzę, że to co złe mam już za sobą i teraz będzie tylko lepiej. Dziękuję każdemu, kto wspierał mnie, gdy było naprawdę źle.

Opowieść pani Valerie o gwiazdach jest dla mnie czymś ważnych, osobistym. Mam nadzieję, że coś z niej wyniesiecie, jak i ja, wraz z pisaniem, to zrobiłam. Nie omińcie tego. Zauważajcie najdrobniejsze szczegóły, niosące wielki sens :)

Jak się podoba imię dla małego Wellingera? Szczerze, wybierałam je miesiące temu, dwa razy chciałam je zmienić, ale w końcu stwierdziłam, że czas się ustatkować i zacząć być bardziej zdecydowaną osobą :D



Dziękuję z góry za każdy komentarz. 
Wytykajcie mi błędy, mówcie, co jest źle - bo wiem, że ten rozdział do moich najlepszych nie należy :)



Całuję, Dominika xx


Za dwa rozdziały pożegnamy Carinę i Andiego. Pożegnamy pana Stefana, panią Valerie, Heidi i Marinusa. Będę potrafiła?

piątek, 29 sierpnia 2014

Rozdział XII. 'Mogę Ciebie przytulić?'

Październik właśnie rozpoczął drugą połowę swojego trwania. Robiło się coraz zimniej i coraz bardziej deszczowo. Sukienki, których byłam zwolenniczką pochowałam już do szafy. Na wieszaku w przedpokoju pojawił się mój ukochany szary, jesienny płaszczyk. A w związku było nieznacznie lepiej. Ale lepiej. Rozmawialiśmy nieco więcej niż tylko o pogodzie czy jedzeniu. Jednak rozmowę o uczuciach, o dalszych planach wciąż odkładaliśmy. Andreas wytrwale znosił ciężkie treningi, a pan Stefan czuwał, by ten nie oszukiwał i nie odpuszczał sobie. Bałam się, że skoczek się przeciąży czy, nie daj Boże, nabawi się jakiejś kontuzji. Ale żyłam na uboczu, z ustami zaciśniętymi w grymasie niemożności. Nie byłam zdolna do przerwania pasma tej udręki. Andi walczył, widziałam to w jego oczach każdego wieczora. Nie chciał przyznać się do słabości. Był chłopakiem, myślącym, że da sobie radę w pojedynkę. A ja wiedziałam, że racja jest zgoła inna.

- O której wracasz dzisiaj z siłowni? - zapytałam, wychodząc z łazienki, gdzie szykowałam się do wyjścia na wizytę u ginekologa. Wellinger dopakowywał właśnie swoją torbę na trening.
- Myślę, że w domu będę w okolicach trzeciej po południu. Dlaczego pytasz? - podniósł głowę, by spojrzeć na mnie.
- Idę do lekarza i zastanawiałam się, czy zdążę ci coś ugotować na obiad. Ale wychodzi na to, że będziesz miał co zjeść dzisiaj.
- To dobrze - i koniec tej jakże długiej konwersacji. Nic więcej. Wiatrówka na plecy, torba na ramię, dłoń na klamce - Do zobaczenia, Carina!


Już nie 'kochanie'. Mój policzek zdążył odzwyczaić się od porannych pocałunków. Tak miało teraz być? Od trzech tygodni staliśmy się dla siebie mniej bliscy. Ale nie obcy. Wiele rytuałów zatarło się, minęło z czasem. Uczucie pozostało. Zmodernizowane? Do odbudowania. Potrzebowaliśmy cierpliwości i motywacji.



Wizytę umówioną miałam na dziesiątą. Pani Schmidt nie miała dużo pacjentek, więc nie musiałam zbyt długo oglądać obrazów wywieszonych na ścianach poczekalni. Wkroczyłam do gabinetu i usiadłam na krześle naprzeciw mojego lekarza.
- Standardowe pytanie, jak się pani czuje? - usłyszałam.
- Oprócz opuchniętych nóg i lekkich bólów kręgosłupa, ciążę znoszę naprawdę dobrze - stwierdziłam zgodnie z prawdą. Kobieta pokiwała potakująco głową i poprosiła mnie, bym położyła się na kozetce. Ostatnie USG miałam robione już jakiś czas temu.
- Chce pani znać płeć dziecka?
- Muszę się chwilę zastanowić - odparłam. Nie wiedziałam czy chcę niespodziankę, czy wolę wiedzieć. Ale przypomniałam sobie pytanie Andreasa, kilka tygodni wcześniej - Chcę wiedzieć, czy będę miała syna czy córkę.
- To chłopiec. Gratuluję pani syna.


Będę miała syna. Będziemy mieli syna. Andreas tak bardzo tego pragnął. Powtarzał, że za kilka lat założyłby mu narty i uczył na nich jeździć. Że po kilku kolejnych zaprowadziłby go na skocznię i posadził na belce startowej. Czułam szczęście. Chociaż między nami ostatnimi czasy było nieciekawie, w końcu poczułam radość.

Po wysłuchaniu wszelkich wskazówek i umówieniu się na następną wizytę, opuściłam klinikę. Kolejny przystanek? Dom rodzinny Andiego. Heidi dowiedziała się od Marinusa, że pan Stefan kilka dni wcześniej zachorował i nie pokazywał się na treningach. Chciałam wykorzystać okazję. W sklepie niedaleko jego domu kupiłam pomarańcze i kiwi, które uwielbiał konsumować. Stanęłam na wycieraczce i zaczęłam się wahać. Czy dobrze robię? Czy będę w stanie normalnie z nim porozmawiać po tym wszystkim. Świadomość, że za mną nie przepadał i że byłam w ciąży nie napawały mnie optymizmem. Jednak mimo wszystko uniosłam dłoń i nacisnęłam dzwonek do drzwi. 

Po chwili stanął w nich ojciec mojego chłopaka odziany w szlafrok.

- Jestem katolikiem i nie mam zamiaru wstępować do waszej sekty - powiedział podniesionym głosem. I wtedy mnie ujrzał - Wybacz, Carino! Wydaje mi się, że nie mamy o czym rozmawiać.
- A mnie się zdaje, że mamy dużo wspólnych tematów, proszę pana. Kupiłam owoce, może wejdziemy do środka? Wieje, a nie chciałabym, by zaziębił się pan jeszcze bardziej - i szeroki uśmiech. Mężczyzna zmierzył mnie wzrokiem, dłużej zatrzymując się na moim brzuchu i otworzył mi drzwi. Zaniosłam zakupy do kuchni, położyłam na paterze i udałam się do salonu, by zająć miejsce przy stole.


- Jak się pan czuje? Andreas kupił panu jakieś lekarstwa, prawda?
- Jest lepiej. Mój syn wie, że tutaj jesteś?
- Dlaczego miałby wiedzieć? Nie mogłam z własnej woli przyjść pana odwiedzić? - zapytałam i dopiero wtedy zrozumiałam, jak głupio to zabrzmiało. Niby wcześniej nie byłam u niego z własnej woli, ewentualnie ze skoczkiem.
- O czym chcesz porozmawiać? O tym... twoim dziecku?
- Wybaczy pan, ale sama sobie potomstwa nie zrobiłam, więc byłoby milej usłyszeć 'waszym dziecku'. Ale nie, to nie o to chodzi. Chcę porozmawiać o Andim.
- Zamieniam się w słuch, panno Becker.
- Doskonale wiem, że chce pan dla swojego syna jak najlepiej. I ja to rozumiem. Ale czy to czasem nie jest ponad nim?
- O czym ty do mnie mówisz?
- Nie chcę, by Andreas ciągle tylko trenował. Chcę dla niego normalnego życia, ze szczyptą oddechu. Nie mówię, żeby wcale nie uprawiał skoków, ależ skąd! Ale wszystkiego z umiarem. Będziemy rodzicami. Pragnę, by pański syn był dla naszego maleństwa po prostu ojcem. Nie mężczyzną, który wpada na kolację. Ojcem. Tak cudownym, jakim niewątpliwie pan jest dla niego.


Mężczyzna spojrzał na mnie z niedowierzaniem. Trwał tak przez kilkanaście sekund aż w końcu wstał od stołu. Podszedł do wysokiej szafy stojącej w kącie pomieszczenia. Wysunął jedną z szuflad i wyjął z niej album.


- To mama Andreasa. Była piękną kobietą, prawda? - zapytał, chyba retorycznie, gdyż cały pochłonięty był patrzeniem na zdjęcie żony, nie zwracał na mnie uwagi - Była cudowna. Kiedy Andreas się urodził, porzuciła swoje marzenia, by się nim zająć. Ciągle przy nim była. Ale to ja nauczyłem go sznurować tenisówki. Nauczyłem go miłości do skoków. A potem? Ann zmarła, zanim Andi poszedł do szkoły. Zostałem z tym sam, Carino - uronił kilka łez. Widziałam, że przeżywa to całym sobą, pomimo tylu lat od tego wydarzenia - I nie byłem dobrym ojcem. Właśnie to zrozumiałem. Byłem potworem... no tak! Chciałem, by był najlepszy. Miałem chore ambicje, przelałem to wszystko na niewinne dziecko.


Objęłam ramieniem mecenasa Wellingera. Totalnie się rozkleił. Ale chyba coś przełamałam. Przyznał się, że jest słaby, że niszczył siebie i syna. Jedno zdanie tak bardzo na niego wpłynęło.
- Myślisz, że jest już za późno, by się poprawić?
- Na nic nigdy nie jest za późno, panie Stefanie. Jest pan największym wzorcem dla Andreasa. I to nigdy się nie zmieni. Chciałabym, by i dla swojego wnuka był pan taką skarbnicą mądrości i wsparcia.
- Przepraszam za tamtą scenę w waszym mieszkaniu.
- Nie było tematu. Sądzę, że zareagowałabym podobnie - uśmiechnęłam się. Mężczyzna siedział w bliskiej odległości, patrzył na mnie niebieskimi oczyma. Chyba zobaczył, że nie jestem dziwakiem z Domu Dziecka. Że jestem normalną dziewczyną, chcącą mu pomóc, chcącą być blisko.
- Zapraszam was na niedzielę, na obiad. I mam pytanie. Mogę ciebie przytulić, dziecko? Taka forma błagania o przebaczenie - puścił do mnie oko, a ja zaśmiałam się pod nosem i, rzecz jasna, się zgodziłam.


Zgodnie z obietnicą, od razu po powrocie od pana Wellingera zabrałam się za przyrządzenie obiadu, co zajęło mi bez mała dwie godziny. Ciągle myślałam, jakby zacząć rozmowę z Andreasem, kiedy ten wróci do mieszkania. Najgorsze było to, że nic porządnego nie przychodziło mi do głowy. Normalność. Otwierane drzwi. Rzut torbą. I butami. Skoczek w kuchni.


- Wróciłem. Jestem głodny jak wilk i zmęczony jak... - prawą dłonią zaczął pocierać brodę, myśląc, że pomoże mu to wymyślić dokończenie zdania.
- Nie wysilaj się, przyjęłam do wiadomości. Siadaj, zjesz, a przy okazji porozmawiamy - stwierdziłam, stawiając mu talerz przed nosem.
- Właśnie, porozmawiajmy. Co takiego dzisiaj robiłaś? - zapytał, jakby zapomniał, że byłam u lekarza. Zwykle pytał, jak było, a dzisiaj zaczął bardziej ogólnie.
- Twój tata zaprasza nas na niedzielny obiad - powiedziałam, biorąc do ust jedzenie. Mój chłopak omal nie zakrztusił się kompotem, który popijał.
- Mój tata? Skąd takie informacje?
- Byłam u niego. Szczerze porozmawialiśmy. Mówiłam, że szczera rozmowa to podstawa, kochanie - użyłam tego słowa specjalnie - Opowiedział mi o twojej mamie, o tym, że jego głowę zaprzątały chore ambicje, ale postara się, by było lepiej. Andi, on ciebie bardzo kocha. I chyba właśnie dzisiaj, dzięki mnie nieskromnie mówiąc, to pojął. To mądry i ciepły człowiek, który przez chorobę momentami nie był sobą. Ale zrobię wszystko, by nasze relacje były jak najlepsze, zrozumiałeś? Zero zatajania. Bądźmy rodziną z prawdziwego zdarzenia.


Jego dłoń oparła widelec na talerzu i powędrowała w stronę mojej. Delikatnie ją pogłaskała. Andreas ujął i pocałował. Uśmiech na mojej twarzy. Na jego też. Ciche 'przepraszam' z jego ust. I 'kocham cię' z moich. Niedokończony posiłek na dwóch talerzach. I my na środku kuchni. Ja, wtulona w jego tors i on, powtarzający jak mantrę to 'przepraszam', które już dawno przyjęłam do wiadomości. Pocałunek, na który od dawna czekałam. Poczucie bezpieczeństwa. Ciepło na sercu. Jego bliskość.


- Moje zachowanie nie ma wytłumaczenia. Jesteś odpowiedzią na każde nurtujące mnie pytanie, a ja tego nie doceniałem. Nie dałbym sobie bez ciebie rady. Uczysz mnie życia, chociaż to ja jestem starszy. Pokazujesz mi sens bycia, bez nerwów. Muszę podziękować Bogu, że mam ciebie. Kocham cię i obiecuję poprawę. Żadnych tajemnic, nerwów i, mam nadzieję, policzków - uśmiechnął się szeroko. Ten uśmiech był wszystkim. Czekałam na każdy z niecierpliwością. I dostałam go. Patrzyłam w jego niebieskie oczy i wierzyłam mu. Był dla mnie kimś wyjątkowym i nie zamierzałam złościć się na niego aż po ostatni oddech.


- Byłaś u ginekologa, prawda? Znasz już może płeć naszego maleństwa? 

- Zbieraj na niebieskie skarpetki.



Witam! :)
Przyznam, że rozdział ten miałam przemyślany dużo wcześniej niż poprzedni. Mimo to, nie jestem do końca z niego zadowolona, czegoś mi brakuje. Wam też?
Od poniedziałku zaczynamy rok szkolny. Nie obiecuję, że rozdziały będą pojawiały się systematycznie, w niedużych odległościach czasowych. Zaczynam liceum i wiem, że łatwo nie będzie :)

A teraz przesyłam Wam moc uścisków i buziaków <3

Dziękuję z góry za każdy piękny komentarz - jak widać, to motywuje :)


Dominika xx

niedziela, 24 sierpnia 2014

Rozdział XI. 'Chcę zobaczyć w Twoich oczach takie same iskierki, jak wtedy, kiedy mówiłeś, że mnie kochasz.'

Depresja reaktywna to połączenie słów, które brzmiało dla mnie przerażająco i obco. Napawało mnie strachem. O co mogło chodzić? Patrzyłam na trenera Schustera tępym wzrokiem, wytężając szare komórki, by coś z tego zrozumieć.

- Panie Wernerze, mógłby pan jaśniej? - zapytałam mężczyznę, kiedy już trochę oprzytomniałam.
- Myślę, że znajdzie się ktoś, kto wytłumaczy ci to lepiej, Carino - odparł, z wzrokiem wbitym w przestrzeń znajdującą się za moimi plecami. Odwróciłam się, by upewnić się, czy myślimy o tym samym. Nie myliłam się.
- Carina, co ty tu robisz, słońce?! Powinnaś siedzieć w domu. Długie podróże nie są wskazane w twoim stanie, powinnaś pamiętać - zwrócił się do mnie karcącym tonem głosu. Chciałam uniknąć tego spotkania, tej rozmowy i pytań, na które wolałam nie odpowiadać.
- Gratuluję, kochanie - powiedziałam tylko i podeszłam do chłopaka. Objęłam go w pasie i się przytuliłam. On delikatnie przejechał dłonią po moich plecach. Swoją głowę położył na mojej i tak trwaliśmy przez dłuższy moment.
- Młodzież niech się sobą nacieszy, a ja pójdę już po resztę chłopaków. Porozmawiajcie sobie, nie będę wam przeszkadzał - trener Werner najwidoczniej wolał usunąć się na bok.
- Porozmawiać możemy jedynie o tym, jak się tu dostałaś i skąd miałaś bilet. I dlaczego o niczym mi nie powiedziałaś?  - Andreas za wszelką cenę chciał zdobyć dyplom 'wszystkowiedzącego Andiego'.
- Pani Marie Kraus. Zabrałam się z nią. Chciałam odbyć konwersację z twoim trenerem. I dowiedziałam się czegoś, co powinieneś powiedzieć mi już dawno. W związku nie powinno być miejsca na tajemnice, Andreas.
- O czym ty mówisz, Carina? Nie mam przed tobą tajemnic! - prawie wykrzyczał mi to w twarz. Ale w tych słowach czaiła się niepewność. Chciał to przede mną ukryć, ale było już za późno.
- Nie krzycz na mnie - spokojnym tonem zwróciłam się do skoczka - Wiem, że twój ojciec przechodził depresję, która po dziś dzień przejawia się w jego zachowaniu.


Złapałam go za dłoń, chcąc uścisnąć na znak, że jesteśmy w tym razem. Ale on odepchnął moją rękę. Jak w Audi, kiedy powiedziałam mu o ciąży. Wewnętrzną stroną prawej dłoni przetarł oko. Lewą oparł na biodrze. Stał nieruchomo. Dopiero po chwili wybuchnął.
 

- Nie wiesz, jak to jest żyć z ojcem furiatem! Nie wiesz, jakie to uczucie codziennie nieść na barkach presję bycia najlepszym. Krzyki, poganianie, zero 'kocham Cię, synu'. Nie chciałem, żebyś o tym wiedziała! Chroniłem cię, ale musiałaś to spieprzyć, Becker!

Becker. Nigdy nie mówił do mnie po nazwisku. Poczułam się, jakbym została spoliczkowana. Andreas na mnie krzyknął. Powiedział, że zniszczyłam to, co on planował. Zburzyłam jego ideę. A ja chciałam mu tylko pomóc. Spojrzałam na chłopaka. Chodził nerwowo w kółko. Starałam się pohamować łzy, ale nie udało mi się. Odwróciłam się na pięcie i szybkim krokiem zaczęłam iść przed siebie. Słone krople skapywały powoli po policzkach. Nie miałam zamiaru ich ocierać. Związek to szczerość w czystej postaci. Ból. Andreas o tym nie wiedział. Rozumiałam, że może i wstydził się tego faktu z życia. Ale to nie był powód, by nie mówić mi prawdy. Pod sercem nosiłam jego dziecko. Chciałam, byśmy byli jednością.


- Jedźmy do domu, pani Marie. Załatwiłam to, co załatwić chciałam - nie przejmowałam się swoim wyglądem czy zdziwionym wzrokiem mamy Marinusa. Chciałam znaleźć się w ciepłym łóżku i najzwyczajniej zasnąć - A nawet więcej.


Po kilku godzinach jazdy dojechaliśmy do naszego miasta. Przez całą drogą tępo wpatrywałam się w widoki za oknem, co chwila sięgając po chusteczkę, by otrzeć łzy.
- Dziękuję za ten wyjazd.
- Nie ma sprawy, Carino. Może przywieźć ci jakieś nowe książki? - zapytała grzecznie. Wiedziała, że jestem molem książkowym, a pracowała w bibliotece i co pewien czas przekazywała mi przez swojego syna egzemplarze do czytania.
- Tak. Przydałaby mi się lektura 'Związek bez tajemnic'. Podsunęłabym Andreasowi, może by nieco zmądrzał - odparłam i zniknęłam za drzwiami kamienicy.


 

Włączyłam komputer. Spanie postanowiłam przełożyć na późniejszą porę. W wyszukiwarkę wklepałam 'depresja reaktywna przyczyny'. Weszłam w pierwszy link, który ukazał się na ekranie.
'Najczęściej depresja reaktywna występuje u osób, które przeżywają śmierć bliskiej osoby'
Śmierć bliskiej osoby. Chyba wiedziałam, czyje odejście mogło spowodować atak tejże choroby u mecenasa Wellingera. Śmierć matki Andreasa. Targały mną wszelakie emocje. Złość, ale i zrozumienie. Smutek, ale także chęć wyjaśnienia. Bałam się konfrontacji z Andim. Bałam się kolejnego wybuchu. Zaczęłam rozumieć jego zdenerwowanie. Skoczek był jednak cudowną osobą. Starał się mnie chronić, nie mówiąc o kłopotach. A sam chował to w sobie, starał się żyć z presją ojca, z jego ambicjami. Musiałam coś z tym zrobić.

 

Następnego dnia obudził mnie dźwięk tłuczonego szkła i głośne 'cholera'. I kolejny brzęk tego tworzywa na płytkach. I jeszcze jeden. Zerwałam się z łóżka, naprędce ubrałam leżące przy nim kapcie i dość dziarskim krokiem udałam się do kuchni. Wiedziałam, że to tam dzieje się ta niecicha sytuacja. Faktem jest, iż w łazience również podłogę pokrywały kafelki, ale kolejne 'cholera' niosło się z właśnie z pomieszczenia kuchennego. Zanim tam doszłam, na podłodze swój żywot zakończyła kolejna szklana rzecz. Stanęłam w drzwiach pomieszczenia. On tam był. Oparty o jasnobrązowy blat. Pochylony nad nim. Przy stole, na środku kuchni leżały kawałki szklanki i jakiegoś z talerzy, które dostaliśmy od jego ojca, kiedy się tu przeprowadziliśmy. Nic nie powiedziałam, tylko zaczęłam sprzątać bałagan.

- Zostaw to. Ja to pozbieram - usłyszałam nad głową. Wstałam z kucek i stanęłam centralnie przed nim.
- Co ty robisz, Andreas? Zachowujesz się jak dziecko. Niedojrzały małolat! Zastanów się, czy to postępowanie dobrze o tobie świadczy - powiedziałam. Rzuciłam na podłogę kawałki szkła, które wcześniej pozbierałam i chciałam wrócić do sypialni. Ale on złapał mnie za rękę i szarpnął. Mimo woli odwróciłam się.
- Niedojrzały małolat?! Dorosła się znalazła. Nie wiesz, co czuję - słyszałam to już kiedyś, Wellinger.
- Zdaję sobie sprawę, że było ci ciężko po śmierci mamy, a ojciec w tym ciebie nie wspierał. Ale nie dałeś mi szansy. Spróbowałabym ci pomóc, ale nie! Andi poradzi sobie sam! Gdyby tak było, już dawno byś się z tego uwolnił. Nie potrafisz dać sobie szczęścia! - to nie tak, że to przez hormony mu to wykrzyczałam. Chociaż nie zaprzeczę, dawały mi więcej odwagi, co nie zawsze skutkowało pozytywami.
- Ja nie potrafię dać sobie szczęścia? To ty masz osiemnaście lat i zostaniesz matką! Nie będziesz studiować, tylko zmieniać pieluchy, Becker! - Dwa. Moja twarz nie wyrażała żadnych emocji. Pokiwałam delikatnie głową z niedowierzaniem.
- Jesteś podły.


Spoliczkowałam go i wybiegłam z kuchni. Nie zwracałam uwagi na jego 'au!', na to, że złapał się za bolący policzek. Czułam się jak porzucony szczeniak. Niekochana, zostawiona na pastwę samej sobie. Zamknęłam się na klucz w pokoju. Usiadłam przy ścianie, skulona. Nie miałam sił, by płakać. Błaha sprawa doprowadziła do kryzysu. Nie chciałam szukać winowajcy, ale to on zachowywał się jak duże dziecko. Nastolatek, który myśli, że życie jest prostą drogą bez zakrętów. Że nie potrzebuje pomocy, bo jest na tyle dorosły, by wszystkiemu sprostać w pojedynkę. Kochałam go i chciałam dla niego jak najlepiej, ale to on zachowywał się, jakby był w ciąży. Kilka dni w tył był tak zatroskany o mnie i nasze dziecko, że zakazał mi ścierać kurze z szafek, a dzisiaj? Krzyczał na mnie. Zranił jednym zdaniem. Zniszczył poczucie bezpieczeństwa. Nie wiedziałam, co będzie za kilka godzin. Chciałam mu wybaczyć, pomóc, ale on bronił się przed tym rękoma i nogami. Byłam w kropce. Czułam, że on przeżywa to niemniej niż ja. Ale brakło mi odwagi by wyjść i przeprosić.


 

Nie rozmawialiśmy przez tydzień. Każde z nas było zbyt zagubione i zbyt dumne, by wyciągnąć rękę do partnera. Mijaliśmy się na korytarzu czy kuchni. Z naszych ust padały tylko zwroty potrzebne do wspólnego życia. 'Podałbyś mi masło?' albo 'Gdzie moja koszulka z tym czerwonym nadrukiem? W praniu?'. Gubiłam się w tym totalnie. Naprawdę byliśmy jeszcze niedojrzali do dzielenia życia. Byle konflikt powodował, że nie komunikowaliśmy się. Zero konwersacji, zero porozumienia, zero przebaczenia. Było mi wstyd, że wtedy go spoliczkowałam. Ja zrobiłam to fizycznie, on - psychicznie. Byliśmy kwita. A przeprosiny? Nie spieszyło się nam z tym. I to zapewne był błąd, ale żadne z nas nie potrafiło przemówić sobie do rozsądku.

- Carina, chyba się w tym pogubiłem - andreasowe stwierdzenie nadeszło w półtora tygodnia po szklankowo-talerzowej akcji. Siedziałam na łóżku w sypialni i czytałam jakąś książkę o okresie ciąży, którą przywiozła mi pani Kraus.
- W czym, Andi? W tajemnicach czy w liczeniu godzin spędzonych na siłowni, bo tatuś chce synka tylko na najwyższym stopniu podium i ani miejsca niżej? - odłożyłam 'W oczekiwaniu na dziecko' na stolik nocny, usiadłam po turecku i spojrzałam na chłopaka. Ostatnimi czasy niemal nie było go w mieszkaniu.
- Nie ironizuj, nie mam ochoty na takie głupie uszczypliwości - usiadł na krańcu łóżka, niedaleko mnie.
- Zatem w czymże się pogubiłeś, bo chyba o tym przyszedłeś porozmawiać, tak?
- We wszystkim.
- To takie sprecyzowane, że aż wiem, co możemy zrobić, kochanie!
- Carina, przestań! Nie sądzisz, że powinnaś być bardziej poważna?
- Przecież mam już osiemnaście lat, nie mogę się już cieszyć życiem czy nawet zaśmiać, zapomniałam.
- Chciałem tylko powiedzieć, że nie chcę się kłócić ze względu na dziecko. Sam miałem trudne dzieciństwo. Mama zmarła dwa miesiące przed moimi siódmymi urodzinami. Z ojcem zaczęło być coś nie tak tydzień po pogrzebie. Wahania nastrojów, depresja. Carina, on tylko wymagał. Nie przytulił mnie, nie pochwalił. Chciał mnie jako skoczka. Nie powiem, kocham to, ale z umiarem. Mam życie. Ale kocham go i nie jestem w stanie mu się sprzeciwić.
- Istnieje coś takiego, jak szczera rozmowa.
- Czuję, że bym go zranił.
- Męska intuicja, Andreas? Lepiej ranić mnie, rozumiem.
- Chcę znów usłyszeć twój śmiech.
- Chcę zobaczyć w twoich oczach takie same iskierki, jak wtedy, kiedy mówiłeś, że 'mnie kochasz'.
- Chcę naszego szczęścia.
- Chcę szczerości. Nic więcej. Tego nam brakuje i to mnie boli. Jesteśmy nastolatkami z wielkimi problemami na głowie. I nie potrafimy sobie z tym poradzić. Dajmy sobie czas. Nie podejmuj głupich decyzji, bo możesz stracić coś, o co walczyłeś.

Wyszłam z pokoju, nie dając mu możliwości odpowiedzi. To mnie przerastało. Jego niepojmowanie powagi sytuacji było jak sztylet wbity w plecy. Bolało i pozostawiło bliznę. Kłótnia o błahostkę, która jednak była dla mnie ważna w związku. Policzek. Szarpnięcie za dłoń. Krzyk. Strach. Chęć ucieczki. I tylko jedna racjonalna droga.


    Wybaczenie.




Cześć, Kochani!
Oto i jestem po dwutygodniowym urlopie. Szczerze, kompletnie nie miałam pomysłu na ten rozdział. Jeszcze zastanawiam się, czy dobrze zrobiłam, publikując go. Ale chyba tak. Zakończenie zmieniałam dwukrotnie. Jest niby lepiej. To taki przejściowy rozdział, który niestety, lub stety, być musiał, ale mam nadzieję, że w 'dwunastce' będzie ciekawiej :)

Cóż, zostawiam go Wam do oceny. Każdy komentarz jest dla mnie wielką motywacją! <3

Dominika x


P.S. Podziękujcie Grzegorzowi Hyży za 'Świt'. Dał mi siłę i trochę natchnął do napisania tego rozdziału :)

niedziela, 10 sierpnia 2014

Rozdział X. 'Młodzi ludzie dlatego tak dużo mówią o życiu, bo życia nie znają. Ono ma się dopiero przed nimi otworzyć'

Zapach świeżo zaparzonej kawy mieszał się z aromatem malinowej herbaty. Na ciemnozielonym talerzu znajdowały się dopiero co nakrojone kawałki szarlotki. Na ławie w salonie stały trzy, nieco mniejsze od tego z ciastem, talerzyki z motywem kwiatowym na obwódce. Niedaleko każdego z nich leżała łyżeczka.

- Może pomogę pani przynieść te herbaty i kawę do pokoju? - Andreas wstał z zajmowanego krzesła i udał się w kierunku drzwi. Zajrzał do kuchni, gdzie gospodyni domu szukała czegoś w szafce.
- Nie mogę nigdzie znaleźć tacy! Weź, kochany, jedną z tych szklanek, razem zaniesiemy to do salonu, masz rację - pani Meyer zwróciła się w kierunku chłopaka. 


Ja siedziałam na kanapie, skoczek nie kazał mi się przemęczać. Przecież przyniesienie herbaty czy talerza w ciastem to wyczyn wymagający nadludzkiej siły! Ale od czasu, kiedy razem zobaczyliśmy nasze maleństwo na ultrasonografie, Wellinger zrobił się niesamowicie, aż nader, opiekuńczy. Imponował mi. Pomimo tego, że dopiero trzy tygodnie temu skończył lat dziewiętnaście zachowywał się bardzo dojrzale. Wszystko było w jak najlepszym porządku. Jedynym problemem były, czym nie zadziwię, pieniądze. W Japonii zajął miejsca w pierwszej dziesiątce, czyli naprawdę bardzo dobrze. Byłam z niego dumna. Z siebie też, że zdołałam namówić go na wyjazd na te konkursy. Był strasznie uparty i powtarzał, że musi się mną opiekować. Ja wszystko rozumiem, ale w sytuacji, kiedy jednak chcemy mieć jakiś grosz w ręku, taki wyjazd jest koniecznością. Nie chciałam też, by skoczek ciągle się tylko mną zajmował. Nic nie wskazywało na problemy z moją ciążą. Tylko Wellinger momentami to wyolbrzymiał. Chciał już być dobrym ojcem. Czułam to i cieszyłam się, że go mam.
 

- Andreasie, czyli nie zawitasz na kazachskich skoczniach w tej edycji Letniego Grand Prix? - zagaiła nasza sąsiadka, kiedy siedzieliśmy już przy stole. Ja pałaszowałam ciasto, natomiast mój ukochany popijał herbatę.
- Właśnie tak, trener stwierdził, że nie chce nas przemęczać. Ale do Austrii, za tydzień, jedziemy - odparł. Następnie odwrócił głowę w moją stronę, jakby chcąc coś przekazać. Wiedziałam, co ma na myśli. Sięgnęłam do niewielkiej torebki, którą przewiesiłam przez krzesło. Wyjęłam z niej białą kopertę i położyłam na stole, tuż przed panią Valerie.
- Chcielibyśmy serdecznie podziękować za tą pożyczkę - zwróciłam się do staruszki. Sąsiadka okazała się na tyle dobrą kobietą, że wyciągnęła do nas pomocną dłoń, kiedy było źle. W sierpniu zgromadziło się nam wydatków, a pieniądze znikały szybciej niż Andreas je zarabiał. Gdyby nie ona, musielibyśmy albo wziąć pożyczkę, czego woleliśmy uniknąć albo poprosić o pomoc przyjaciół, co też nam się nie uśmiechało.
- Kochane dzieci, ja... Nie chcę, byście mi to oddawali. Jestem samotna, doskonale to wiecie. Traktuję was jak wnuki i chcę waszego szczęścia. To taki prezent ode mnie na tą drogę rodzicielstwa. To ciężka i droga sprawa, dojrzeliście, by to wiedzieć, prawda? Pomogę wam na tyle, na ile będę w stanie.
- Nie wiem, czy możemy to przyjąć, proszę pani - powiedziałam. Wymieniłam z Andreasem spojrzenia. W jego oczach widziałam niezdecydowanie. Potrzebowaliśmy każdej pomocy finansowej, ale nie chcieliśmy naciągać pani Valerie na taki wydatek.
- Nie zastanawiaj się, czy możesz to przyjąć, Carina. Przyjmij to, dla waszego dziecka.
- Myślę, że byłoby to nietaktowne z naszej strony. Może wziąłbym jakąś dodatkową pracę? - wypalił Andi. Nie mogłam uwierzyć w to, co mówi. Miał pełno treningów, ledwie dwa, w porywach trzy, dni wolnego w tygodniu. I spędzał je ze mną. Powtarzał, że najważniejsza jest teraz bliskość i poczucie bezpieczeństwa, którego początkowo nie był w stanie mi zagwarantować. Nie obraziłabym się, przecież, gdyby pracował w te dni, ale nie chciałam, by się przemęczał. Cholera, on powinien trenować i myśleć tylko o tym, a nie o problemach finansowych.
- Andreasie, wiesz, że to nie jest takie łatwe? Młodzi ludzie dlatego tak dużo mówią o życiu, bo życia nie znają. Ono ma się dopiero przed wami otworzyć. Właśnie tak, ono dopiero się przed wami otwiera! I nic nie jest tak łatwe, jak mogłoby się wydawać. Dlatego przyjmijcie ten podarunek i zakończmy temat - starsza pani spojrzała najpierw na Andreasa, potem na mnie. Położyła dłoń na kopercie i powoli przejechała nią po obrusie aż ta znalazła się przed moimi oczyma. Kiwnęłam delikatnie głową i szeptem powiedziałam 'dziękuję'.


 

Lubiłam te niedzielne spotkania u pani Meyer. Tylko ona nas tak naprawdę rozumiała i wspierała. Oczywiście mieliśmy także jakieś wsparcie ze strony czy to trenera, czy przyjaciół, ale oni mieli swoje sprawy na głowie. Chciałam stać się samodzielna, ale sąsiadka miała rację. Byliśmy zbyt młodzi, by pojąć definicję życia. Optymiści niezauważający przeszkód, które tylko czyhają za rogiem. Udawany spokój. Mętlik w głowach. Momenty zwątpienia. Jego uśmiech. Ulga? Bezpieczeństwo.

- Andreas, może jednak dałoby radę na spokojnie porozmawiać z twoim ojcem? - zapytałam, kiedy już w piżamie siedziałam na łóżku i wgapiałam się w telewizor. Leciała jakaś przelukrowana komedia romantyczna. Oglądaliśmy ją tylko dlatego, że nic ciekawszego o tej porze nie było emitowane.
- Carina, błagam Cię. On jest... on jest inny, sama to zauważyłaś. Nie chcę się w to pchać, a tym bardziej nie chcę, byś ty niepotrzebnie się denerwowała. Może mu przejdzie? Kiedyś przechodziło - ostatnie zdanie wyszeptał jakby do siebie. Jakby chcąc go usprawiedliwić. Nie potrafiłam tego pojąć. To zachowanie pana Stefana było dla mnie nowością, ale... mógł tak zareagować. O co chodziło z innością?
- Wiesz, że możemy sobie bez niego nie poradzić - złapałam go za dłoń i lekko ją ścisnęłam.
- Pójdę do pracy. Na budowlankę czy... - zaczął, ale szybko mu przerwałam.
- Andi! Czy ty wiesz, co mówisz? Masz skupić się na karierze. Kochasz skoki, pamiętasz? Te kilka sekund zapomnienia. Belka. Po chwili wybicie. I lecisz. Kłopoty znikają. Czujesz wolność. Jesteś ptakiem. Szczęśliwym, chłonącym to uczucie całym sobą. Miej to na uwadze. Skoki są najważniejsze.
- Słońce, najważniejsza jesteś ty. I nasze dziecko - dłoń położył na moim brzuchu, który był już dość widoczny. Druga wciąż trwała w uścisku - Skoki to moja pasja, ale rodzina jest ponad wszystkim.
- Nie myśl o czymś, czego będziesz potem żałował. Skacz, ciesz się życiem. A potem wrócisz do nas, uśmiechnięty. Takiego ciebie chcę - zbliżyłam swoje usta do jego i delikatnie je musnęłam.
- Poradzimy sobie?
- A mamy inne wyjście? - uśmiechnęłam się. Chciałam ukryć niepokój. Wszystkie obawy. Udało mi się?


Dzierżąc w dłoni bilet, który kupiła mi mama Marinusa, podążałam w kierunku skoczni. Skorzystałam z jej uprzejmości. Kobieta zdecydowała się obejrzeć syna na żywo podczas konkursu, a przy okazji zabrała i mnie. Wysadziła mnie tuż przy wejściu, a sama pojechała szukać miejsca parkingowego, o co akurat nie było łatwo. Andreas nie wiedział, że zawitałam w Hinzenbach. Chciałam spotkać się z trenerem i chwilę porozmawiać. Właśnie o moim ukochanym. Bałam się, że swój plan zacznie wprowadzać w życie. Czułam potrzebę omówienia tego z panem Schusterem. Kobieca intuicja się we mnie obudziła? Bo instynkt macierzyński nijak się wpasowuje. Wzrokiem starałam się znaleźć jakąś znajomą mi osobę. Część narodowej kadry była już na górze, niektórzy jeszcze rozgrzewali się na dole, jak na przykład Severin Freund. Przebiegł obok mnie. Chyba mnie nie poznał.


- Severin! Mogę poprosić ciebie na chwilkę? - zawołałam za chłopakiem. Blondyn gwałtownie odwrócił głowę. Spojrzał na mnie zdziwiony tym, kogo spotkał tuż przez zawodami.
- Carina? - zlustrował mnie wzrokiem z góry do dołu i z dołu do góry. Na końcu zatrzymał się na moich oczach - Zawołać Andreasa? Jest tu niedaleko, widziałem go tam, był w pobliżu domku skoczków.
- Nie. Byłabym wdzięczna, gdybyś nic mu nie mówił. Nie chcę, by wiedział, że tutaj jestem, chyba, że sam mnie przypadkiem zauważy - odpowiedziałam Niemcowi. Ten nadal wzrok wbity miał w moją osobę. Wiedział, że jestem w ciąży, a mimo to zachowywał się, jakby właśnie to do niego dotarło. Czułam się z tym nieco dziwnie, ale nie zwracałam chłopakowi uwagi, uważając to za niekulturalne.
- Więc co mam dla ciebie zrobić?
- Gdzie, po konkursie, będę mogła znaleźć trenera?
- Myślę, że będzie kręcił się w okolicy naszego miejsca pod skocznią. W tym domku, o którym wcześniej ci mówiłem. Powinien być tylko ze swoimi współpracownikami, jeśli bardzo ciebie to interesuje. My pójdziemy rozdawać autografy i robić sobie zdjęcia z fanami - szybko przedstawił plan działania po zakończeniu skoków.
- Dziękuję, Severin. Trzymaj się, połamania nart. I nie dziękuj! - uśmiechnęłam się do skoczka. Odeszłam kawałek, wyciągnęłam telefon i napisałam smsa do pani Kraus z zapytaniem o miejsce, w którym aktualnie się znajduje.



- Dajesz, Andreas! - krzyczałam głośno, kiedy na rozbiegu pojawił się mój chłopak. Starałam się być z nim całym sercem, myślami i gardłem. Stojąca obok mnie pani Marie Kraus co chwila spoglądała na mnie. Już dawno nie byłam tak rozemocjonowana! Właśnie tego chciałam. Tego szaleństwa, szczęścia w takiej postaci, latającego go. Wellinger wylądował na dziewięćdziesiątym piątym metrze. Podskoczyłam z radości.  Po moim ukochanym skakali jeszcze tylko Michael Hayboeck i Piotr Żyła, który niesamowicie spisywał się w tej edycji Letniego Grand Prix. Wierzyłam, że Andreas jest w stanie wygrać ten konkurs. Skoczył naprawdę daleko, jego rywale mieli nie lada wyzwanie do przejścia. Nie udało im się. Hayboeck ostatecznie zajął miejsce trzecie, a Polak wylądował w drugiej dziesiątce. Nie potrafiłam pohamować emocji. Zaczęłam krzyczeć, a przy okazji przytuliłam jakąś obcą osobę stojącą tuż obok mnie. Śmiech pani Marie pozwolił mi lekko oprzytomnieć. A z ust ów dziewczyny, którą wyściskałam usłyszałam tylko 'Chyba jakaś fanatyczka tego Wellingera!'. Uśmiechnęłam się najszerzej, jak tylko potrafiłam. Czułam się taka szczęśliwa, widząc malujące się na twarzy Andiego zadowolenie. Tego pragnęłam. Każdy dobry skok, miejsce w dziesiątce, na podium czy wygrana było ukoronowaniem jego ciężkiej pracy.


- Carina! Ziemia do Cariny! - pani Kraus lekko zaczęła mną potrząsać. Byłam w amoku, a dodatkowo się zamyśliłam - Andreas już idzie w kierunku podium. Jaka piękna chwila! Szkoda tylko, że Marinus nie przebrnął pierwszej serii. Pewnie jest teraz z tą Heidi.
Kobieta fuknęła. Nie lubiła dziewczyny swojego syna. Doskonale wiedziała, w jakim sektorze blondynka zajmie miejsce. Sama wybrała sektor dużo od niego oddalony. Mnie to pasowało, nie chciałam zbędnych pytań. Chciałam przemknął niezauważona, zająć kilka minut trenerowi Wernerowi i szybko wrócić do Niemiec.


- Niech pani zobaczy, jaki on jest szczęśliwy! - wyszeptałam. Łzy chciały uciec spod mojej kontroli, a duma prawie mnie rozsadziła.
- Myślę, że zrobił to dla ciebie. Znaczy się, dla was - pięćdziesięciolatka zerknęła na mnie oczyma, w których jakby tańczyły iskierki. Cieszyła się ze mną, wiem o tym.
- Zrobił to przede wszystkim dla siebie - spojrzałam na kobietę i zaczęłam oddalać się od zajmowanego wcześniej miejsca - Myślę, że rozmowa z trenerem zajmie mi niewiele ponad piętnaście minut. Poczeka pani na mnie, prawda?


Pytana kiwnęła potakująco głową i wróciła do oglądania dekoracji. Zaczęłam się rozglądać. Wypatrzyłam domek Niemców. Wokół kręciło się kilku mężczyzn, ale z daleka nie potrafiłam ich rozpoznać. Dopiero, kiedy podeszłam bliżej zauważyłam, że to trener Schuster w towarzystwie członków załogi, dokładnie tak, jak mówił Freund. Dostrzegłam też Andreasa Wanka, ale akurat jego obecność mnie nie zrażała. Stanęłam kilka metrów od pana Schustera.


- Trenerze, mogłabym zająć kilka minut? - zapytałam dość donośnym głosem, by mężczyzna mnie usłyszał. Nie zamieniłam z nim zdania. Ba! Nie widziałam się z nim, od czasu pamiętnej kolacji w domu pana Wellingera przed zawodami w Wiśle.
- Zależy, kim jesteś - odwrócił się powoli. Widocznie rozmawiałam z nim zbyt krótko, by zapamiętał mój głos.
- Carina Becker. Chciałabym porozmawiać o Andreasie - powiedziałam.
- Carina! O Andreasie? Jak widać chłopak radzi sobie wyśmienicie! Forma wysoka, technika nienaganna. Nie wiem, o czym by tu rozmawiać.
- O jego podejściu do przyszłego ojcostwa.
- To zmienia postać rzeczy. Czego dokładnie ma dotyczyć ta rozmowa?
- Mamy niewielkie problemy finansowe. Sam pan wie, jakieś badania, które niestety kosztują. W zeszłym miesiącu zepsuł się nam samochód, nieciekawa sytuacja. A oboje dobrze wiemy, że tego będzie tylko więcej. Andi myślał o dodatkowej pracy, na co ja nigdy się nie zgodzę i wiem, że pan ma takie samo zdanie. Dla niego najważniejsze są skoki i nie chcę, by zmienił nastawienie. Ja wiem, że on chce być dobrym ojcem dla naszego nienarodzonego dziecka i wsparciem dla mnie. Ale nie swoim kosztem. Więc chcę, by pan odwiódł go od tego pomysłu, kiedy tylko o tym wspomni.
- Jasne, mamy identyczne poglądy, Carino. Możesz na mnie liczyć, pamiętaj. Widzę w Andreasie wielki potencjał. Chłopak będzie kimś wielkim w świecie skoków, tak myślę. Jego ojciec nie dopuści, by było inaczej. Sam nie wiem, czy nie za bardzo naciska na syna.
- Myślę, że pan Stefan Wellinger bardzo się ostatnio zmienił. Wiadomość o ciąży spowodowała, że wpadł w szał. Gdyby pan tylko to widział! Teraz nie odzywa się do Andreasa.
- Odzywa, kochanie.
- Podczas treningów? Przychodzi, jak zwykle?
- Tak. Ale nie. Nie tak, jak zwykle. Katuje Andreasa wypowiedziami o tym, że rodzina powinna być na drugim planie, tuż za karierą. I wytyka mu najmniejszy błąd. Myślę, że objawy zaczęły się nasilać. Odstawił lekarstwa albo przestał chodzić na psychoterapię.
- Panie Schuster, o jakich lekarstwach pan mówi? Jakie objawy? Psychoterapia?! - przestraszyłam się nie na żarty. Słowa trenera dzwoniły mi w głowie. Katuje Andreasa wartościami, które tylko on przedstawia. Nie daje mu spokoju. Andreas nie skarżył się na nic! Nie chciał mnie denerwować, cholera! Mieliśmy zostać rodzicami, nie chciałam, by miał przede mną jakiekolwiek tajemnice - Co to wszystko znaczy?


- Ataki po przebytej kilkanaście lat temu depresji reaktywnej. To nie mija, wbrew lekarzom, panno Becker.




Dzień dobry, a właściwie dobry wieczór, gdyż rozdział dodaję późnym wieczorem! :)
Historia tego, dziesiątego fragmentu opowiadania jest zawiła. Przez tydzień szukałam inspiracji. A wystarczyło przeczytać dwa zdania. Te z nagłówka, a zarazem tytułu tego rozdziału. I wyszło coś takiego :)

W dziewiątce obiecałam, że emocji nie zabraknie i chyba słowa dotrzymałam, prawda? 
A teraz, nie przedłużając dziękuję za wszystkie komentarze pod ostatnim, ale też poprzednimi rozdziałami. To bardzo motywujące, uwierzcie!

Dziękuję Martusi za to, że ze mną wytrzymuje, kiedy marudzę o opowiadaniu.
Dziękuję Olci za to, że pomogła wymyślić imię dla potomka Wellingera i Becker.
Dziękuję Wam za to, że jesteście i we mnie wierzycie, pomimo wszystko.

Pozdrawiam i całuję <3
Dominika x


P.S. Koniec zbliża się wielkimi krokami.

piątek, 25 lipca 2014

Rozdział IX. 'Miłość jest zaprzeczeniem egoizmu. Unosi Ciebie kilka metrów nad ziemię i jesteś po prostu szczęśliwy'

- Andreas, chodź szybciej, bo autobus nam ucieknie. A jak nie zdążymy na autobus, on odjedzie. Wizyta u doktor Schmidt mi przepadnie. A przecież tego nie chcemy, prawda? - poganiałam chłopaka, żeby szybciej wezbrał się w sobie, ubrał buty i poszedł ze mną na przystanek. Samochód Wellingera zepsuł się dwa dni temu, kiedy ten wracał z treningu. Andreas był zmuszony zaprowadzić go do mechanika, zatem dojazd do klinki był możliwy tylko środkiem komunikacji miejskiej.

- Moment, Carina! Umyję tylko zęby i idziemy, nie pali się - odparł wchodząc do łazienki.
- Masz siedem minut i ani sekundy dłużej. W klinice musimy być jak najszybciej się da, może mój ginekolog przyjmie nas szybciej, a wtedy ty tylko niewiele spóźnisz się na trening. I na rozmowę z trenerem - ostatnie zdanie powiedziałam niemal szeptem, do siebie. Nie chciałam bardziej denerwować Andiego, który i tak od samego rana chodził jakiś nieswój, zdenerwowany i stremowany. Nie chciałam być na jego miejscu. Współczułam mu charakteru ojca i tej niepewności o marzenia, o karierę. Wszystko mu się rozsypało. Nigdy nie potrafił budować domków z kart, zawsze rozpadały mu się w połowie budowy. Ale nigdy się nie poddawał. Chciał pokazać mi i sobie, że potrafi. Chciałam, by i tym razem tak było.
- Ubiorę tylko buty i możemy iść - Andreas prawie biegiem opuścił łazienkę - Masz wszystkie wyniki i jakieś książeczki zdrowia? Nie znam się na tym, więc inaczej. Jesteś gotowa?
- Od kwadransa, kochanie - powiedziałam i pocałowałam go w policzek.

Czekaliśmy na korytarzu aż w końcu małżeństwo opuści gabinet i będziemy mogli wejść. Andreas złapał mnie za rękę. Nie chciałam, żeby puszczał. Przy nim czułam się bezpieczna. Nie myślałam o problemach, liczyła się tylko ta nieoceniona bliskość. Drzwi otworzyły się, dwoje ludzi pod trzydziestkę powiedziało 'do widzenia' i zwolniło miejsce.


- Dzień dobry, doktor Schmidt - przywitałam się. Andreas mi zawtórował.
- Carina Becker? - zapytała. Podniosła wzrok znad notatek i dostrzegła mojego chłopaka - A pan jest partnerem pacjentki, tak?
- Dokładnie tak. Mogę tutaj być, prawda? Chciałbym zobaczyć swoje dziecko na USG - zwrócił się do ginekologa. W jego głosie słyszeć się dała pewność siebie i niejako radość. Chyba byłam szczęśliwa. Położyłam się na kozetce, uniosłam bluzkę, jak nakazał mój lekarz. Wellinger stanął niedaleko, na wysokości mojej głowy. Na moim brzuchu, już delikatnie większym niż zazwyczaj, pojawił się żel. Zaczęliśmy badanie ultrasonograficzne. Na ekranie ukazały się jakieś niewiele znaczące dla nas kształty. Andreas poszukał mojej dłoni i ujął delikatnie w dwie swoje.
- Widzą państwo tę plamkę? - zapytała doktor Schmidt. Wzrokiem podążyłam za palcem kobiety. Była to po prostu plamka. Czarna, na białym tle - To stópka waszego maleństwa.


Chwila ciszy. Lekarka dalej przyglądała się obrazowi ultrasonografu. Odwróciłam delikatnie głowę w kierunku Andreasa. Patrzył na ekran jak zahipnotyzowany. Jakby nigdy nie chciał przestać się przyglądać. Zauważył, że na niego patrzę. Mocniej zacisnął uścisk dłoni. A na jego lewym policzku pojawiła się łza. Szczęście. Euforia pomieszana z niepewnością. Strach. Podekscytowanie. Emocje. Nasze uczucie. W tamtym momencie mi też zebrało się na płakanie. Szczęśliwa i pełna rodzina to sukces. To marzenie, które przychodzi szybciej albo później. On, ja i ono. Multum pomieszanych odczuć. Zaplątani w niebanalną sprawę. Pozostawała tylko wiara w to, że będzie dobrze.


- Nie widzę nic niepokojącego. Maluszek jest zdrowy - usłyszeliśmy.
- Będę miał syna? - ni stąd, ni zowąd Andreas wyparował z takowym pytaniem. Dlaczego nagle teraz chciał to wiedzieć i o to zapytał? Może już marzył o swoim następcy z nartami przypiętymi do nóg?
- Niech nie będzie pan taki w gorącej wodzie kąpany - roześmiała się lekarka. Spojrzała na mojego chłopaka znad okularów korygujących i dodała - Wszystkiego dowiecie się państwo już niedługo, teraz to jeszcze niemożliwe do rozpoznania.
I wróciła do notowania przebiegu ciąży w mojej karcie. Spojrzałam na Andreasa. Chyba byłam z niego dumna. Że się angażuje, że chce wszystko wiedzieć. Chciałam go takiego. Opiekuńczego, trzymającego wciąż za rękę. Czasem pokazywał, jaki jest wrażliwy i to w nim ceniłam. Nie wstydził się tego. Bo i czego?


- Carina, ja lecę, może zdążę na ten bus o dwunastej jedenaście i spóźnię się tylko odrobinę? - zapytał mnie, kiedy już wyszliśmy z gabinetu. Ciąża przebiegała prawidłowo, zobaczyliśmy na monitorze nasze dziecko, wszystko jako tako się układało.
- Nie pytaj, tylko biegnij na przystanek! Dobrze, że dałeś już Marinusowi torbę, gdzie byś ją teraz dźwigał?
- Kochanie, o mnie się nie martw. Dam ci jakieś pieniądze na zakupy - powiedział i pospiesznie wyciągnął z kieszeni portfel - Trzymaj, mam tylko dziesięć Euro.


Wyjął pieniądze, jak widać, swoje ostatnie i mi je podał. Pocałował naprędce w policzek i pobiegł w kierunku miejsca odjazdu autobusów. Coś mnie zaniepokoiło. Andreas miał tylko to, co dał mi, bym kupiła coś do jedzenia. Dobra, zepsuł nam się ten nieszczęsny samochód, Andreas odłożył na to potrzebne pieniądze do barku już wczoraj. Co nie zmieniało faktu, że nie mieliśmy pieniędzy. A miesiąc tak naprawdę dopiero nieznacznie przekroczył połowę swojego trwania. Nie myślałam nad tym, chyba nie chciałam. Teraz najważniejsza była rozmowa z trenerem i jego reakcja. Po zakupach chciałam po prostu wrócić do domu, posprzątać mieszkanie i czekać na chłopaka z ciepłym obiadem.



*oczyma Andreasa*
Na autobus zdążyłem idealnie. Trening zaczął się pół godziny temu, ale poprosiłem Marinusa, żeby mnie krył. Wiedziałem, że coś wymyśli. W końcu był tak myślącym stworzeniem, że nigdy w niego bym nie wątpił. Był moim przyjacielem, a przyjaciele to wielkie skarby. Miałem nadzieję, że dzisiaj Kraus nie będzie musiał się wysilać po raz drugi, i że rozmowa z trenerem mnie nie załamie. Liczyłem na to głównie ze względu na Carinę. Bałem się o nią. Wcześniej nie ostrzegałem jej, że mój ojciec to tak naprawdę zapatrzony w siebie i moje sukcesy mężczyzna. W moje sukcesy, nie we mnie. Nawet nie w skoki. On celował w jak najwyższe miejsce na podium i pieniądze, których część zgarniał. Chociaż za kilkanaście dni miałem skończyć dziewiętnaście lat, on nadal mnie kontrolował, pobierał zarabiane przeze mnie pieniądze. Wszystko dlatego, że był moim prawnym opiekunem i miał taki obowiązek, z którego jakoś nie raczył się wycofać. Dobrze, że pomyślałem o koncie w banku, gdzie zgromadziłem jakieś oszczędności. Ich wielkość nie powala, szczerze powiedziawszy, ale mogłem z tego skorzystać, kiedy byłoby już naprawdę źle. Mój przystanek. Nie przebrałem się, tylko najpierw udałem się w poszukiwaniu trenera. Chciałem mieć tą rozmowę już za sobą.


- Trenerze Schuster! - zawołałem, widząc pana Wernera idącego w kierunku magazynu. Odwrócił się.
- Andreas! Gdzieś ty się podziewał? Marinus zacząć coś się plątać o tym, że zepsuł ci się samochód i nie możesz znaleźć roweru w piwnicy, dlatego się spóźnisz. Powiedz mi, co jest grane, bo słuchając Krausa może zaśmiać się na śmierć, zauważyłeś? - podszedł do mnie i zapytał, chyba retorycznie. Zacząłem się cieszyć, że poprosiłem Marinusa o pomoc. W końcu rozluźnił atmosferę, a było mi to na rękę.
- To nie tak, chociaż z tym autem to prawda. Chciałbym coś panu powiedzieć, trenerze. Moglibyśmy znaleźć jakieś zaciszne miejsce i porozmawiać?
- Jasne! Chodź do mojego gabinetu, chłopaki trenują, więc nikt nie będzie nam przeszkadzał.
Zaprosił mnie do dość dużego pomieszczenia, w którym byłem drugi raz w życiu. Za pierwszym towarzyszył mi ojciec i była to jakaś rozmowa typowo organizacyjna, podczas której tylko siedziałem. Ile bym oddał, by i teraz moje zadanie było takie łatwe.
- Zamieniam się w słuch. Nasza rozmowa ma dotyczyć za dużego obciążenia na treningach, może czujesz jakąś niedyspozycję? - Werner Schuster zadał mi pytanie pomocnicze widząc, że jestem dziwnie zmieszany i nie wiem, od czego zacząć.
- Carina jest w ciąży. Będę ojcem, trenerze - wzrok wbity w podłogę. Ciąg słów wypływający z moich ust. Długie 'ooo!' wypowiedziane przez mężczyznę. Potem tylko cisza. Podniosłem głowę, by zobaczyć reakcję osoby, która widziała we mnie znakomitego skoczka. Takiego, który nie będzie rozpraszał się dziewczynami, a o ojcostwie nawet nie myśląc.
- Andreasie, żarty żartami. Chyba, że mówisz poważnie. Nie mówisz tego na serio - czterdziestokilkulatek zaczął się wahać w osądzeniu prawdziwości tej informacji.
- Trenerze, skoro poprosiłem o rozmowę, to chyba musiałem mieć jakiś porządny powód, prawda? - trzęsącym się głosem zdołałem wydusić z siebie to zdanie.
- Prawda. Przepraszam, nie powinienem był. Wiesz, że to wielka odpowiedzialność, a kariera stoi przed tobą otworem?
- Zdaję sobie z tego sprawę, ale biorę na barki wszystko. Nie mogę i nie chcę zostawiać Cariny samej. Trener sam wie, jaka ona jest wrażliwa. To moje dziecko i mam zamiar je wychować. Liczę na zrozumienie z pańskiej strony, chociaż wiem, że nie będzie łatwo. Biorąc pod uwagę zachowanie mojego ojca wolałbym nawet o tym nie myśleć.
- Andreas, powiem ci jedno. Pomimo że to nietaktowne z mojej strony, powiem, że jesteś moim ulubieńcem i to w tobie pokładam największą nadzieję, jeśli idzie o młode pokolenie skoczków. Wierzę, że będziesz zdobywał medale na mistrzostwach i na olimpiadach. Ale jest coś ważniejszego i zdaję sobie z tego sprawę. Pokazałeś najlepszą ze swoich stron, przychodząc tutaj. Nie bałeś się konsekwencji, chciałeś podzielić się tą nowiną ze mną, bym ci pomógł i zrozumiał. Nie odpuszczę ci treningów, tego możesz być pewien. Nie wybaczyłbym sobie, gdybym teraz nie walczył o ciebie jako o sportowca. Ale jesteś też człowiekiem, a w końcu ojcem, w przyszłości pewnie i mężem. Mam dwie córki. Chociaż było trudno, dałem sobie radę. Miłość jest zaprzeczeniem egoizmu. To uczucie, które unosi ciebie kilka metrów nad ziemię i jesteś po prostu szczęśliwy. Nic więcej. Andreasie, właśnie tego tobie życzę. Postaram się ci pomóc, chociaż nie wiem, na ile ta pomoc się zda. Jestem tylko marnym trenerem reprezentacji niemieckich skoczków, którzy są największymi szaleńcami, jakich w życiu poznałem. 


Uśmiechnął się do mnie przyjaźnie. Poczułem w sobie siłę. Trener okazał się być człowiekiem. Przy moim ojcu był zawsze trochę jak on. Podporządkowywał się? Nie wiedziałem, nie potrzebowałem tego do życia. Najważniejsze były jego słowa. Liczył na mnie patrząc w dwie strony. Rodzicielstwo i kariera. Było to niezwykle trudne, ale możliwe.

- Problemem są jedynie mój ojciec i media. On już wie, a gazety nie mają skąd i Bogu dzięki - odparłem.
- Stefan źle zareagował? - panie trenerze, chyba się dobrze nie znasz ze starszym z Wellingerów - Nie przejmuj się, pewnie mu przejdzie. A tabloidy niech nic nie wiedzą. Niepotrzebne nam zamieszanie w kadrze. A i tobie po co takie emocje? Niech zostanie tak, jak jest. A teraz zmykaj się przebrać i do roboty! - wstał z zajmowanego fotela, klepnął mnie po przyjacielsku w plecy i wyszedł z gabinetu.


Zrozumienie to ulga. Ulga to mniej zdenerwowania, a to z kolei przydaje się do opanowania emocji. Myśli wędrujące ku niej. Patrząc na moje dziecko na ultrasonografie poczułem przypływ miłości. Łza, która uciekła spod mojej kontroli była symbolem szczęścia. Wiele cierpienia. I współczesność. Krzyk i łagodny głos. Dotyk. Jej szept. Poradzimy sobie.


    Carina, stworzymy pełną i szczęśliwą rodzinę, której nam nigdy nie dano.




Dzień dobry!
Jestem tutaj po raz trzeci w lipcu, co powinno być powodem do dumy, nie sądzicie? :)
Pisząc ten rozdział, poczułam, że wracam na właściwe tory. Że wracam do swojego stylu, który prezentowałam na początku, chociaż mogę się mylić.
Wzruszyłam się podczas pisania i czytania fragmentu z badaniem, to dziwne? Myślę, że nie. Wyobraziłam ich tam sobie i szczęście tak od nich biło, że jestem zadowolona.

Ale nic, mam nadzieję, że nie zawiodłam (gdyż bardzo się starałam napisać coś porządnego przy dźwiękach Nirvany) i że wrócicie z uśmiechem na ustach na dziesiątkę :)


Kocham Was bardzo mocno i całuję, 
Dominika x

niedziela, 20 lipca 2014

Rozdział VIII. Pozory lubią mylić, czyli strzeżcie się przyszłe synowe.

Szwajcaria nie była szczęśliwa dla niemieckich skoczków. Severin był dwudziesty szósty, Marinus trzydziesty, a reszta kadry, łącznie z Andreasem nawet nie zakwalifikowała się do serii finałowej. Trener dał chłopcom długi wykład. Najdłużej, z relacji mojego ukochanego, zatrzymał się właśnie przy nim. Nie mógł zrozumieć, że jego najzdolniejszy młodzian skoczył tak słabo. Był szczerze zawiedziony. A ja przerażona. Sama do końca nie wiedziałam, że to przeze mnie, czy też nie. Bałam się, że informacja o ciąży może go przytłoczyć, że będzie myślał o tym, a nie skupiał się na karierze.

- Andreas, nie martw się! Taki spadek formy to normalne. To dopiero sezon letni, zimą będzie lepiej.
- Kiedy masz wizytę u ginekologa? - zmienił temat, jakby chciał ominąć ten wątek.
- Za trzy dni, dlaczego pytasz?
- Chciałbym pójść z tobą.
- Andreas... Cieszę się, wiesz? To wiele dla mnie znaczy, zacząłeś wszystko rozumieć.
- Tak, muszę wziąć za was odpowiedzialność. To mój priorytet.

Uśmiechnęłam się. Poczułam, że Andreas wie, co mówi. Od przyjazdu ze szwajcarskiego Einsiedeln nie mijaliśmy się. Dużo rozmawialiśmy, o wszystkim. O skokach, o naszym dziecku, o naszym przyszłym życiu. Bałam się, ale wiedziałam, że jakoś damy sobie radę. Miałam osiemnaście lat, list z informacją o przyjęciu na uczelnię i dziecko pod sercem. Byłam sierotą i chciałam jak najlepiej dla swojego maleństwa. Pojęłam to dopiero pod kliniką w Berlinie. Spojrzałam na Andiego. Siedział naprzeciw mnie, wpatrzony w aktualną, lokalną gazetę. Jak w takim wieku można założyć rodzinę? Zawsze wydawało mi się to absurdem. Sami byliśmy, nieco już wyrośniętymi, ale dziećmi. Każdy krok był niepewny. Przyszłość stała pod znakiem zapytania. Dasz radę, Carina. Trener Werner może zareagować ostro. Dasz radę, Carina. Przyszły teść będzie niezadowolony. Dasz radę, Carina. Andreas ciągle wpatrzony w gazetę. Palące łzy pod powiekami. Dasz radę, musisz!

- Andreas, może zrobię coś na kolację? - przerwałam swoje myślenie. Bałam się, że się popłaczę. W ciąży zrobiłam się wrażliwsza, każda drobnostka potrafiła przyprawić mnie o dreszcze i potok łez.
- Jasne, poproszę kanapki z dżemem, jeśli mogę.
- Tym brzoskwiniowym?
- Tak, ten najbardziej lubię.

Wyszłam do kuchni. Wyjęłam wszystko potrzebne do zrobienia jedzenia chłopakowi. Znałam go na wylot. Rozumieliśmy się bez słów, nawet uśmiechem potrafił przekazać mi informacje. Był dla mnie kimś zdecydowanie najważniejszym. Uprzednio zrobione kanapki położyłam na bladoniebieskim talerzu i zaniosłam Andreasowi do pokoju. Wiedziałam, że jest zmęczony po treningu i zrobiłam wyjątek od wcześniej ustalonej przez siebie zasady, że 'je się w tylko i wyłącznie w kuchni, kochanie!'. Kiedy już postawiłam posiłek na stole, ktoś zaczął pukać do drzwi. Nie, nie pukać. Ktoś wręcz walił w te drzwi domagając się, byśmy otworzyli. Przestraszyłam się, wiele słyszy się o jakiś włamywaczach czy innych przestępcach. Andreas zerwał się z salonowej sofy, gazetę rzucił tuż obok talerza i wyszedł na korytarz.

- Carina, idź do pokoju. Ja zobaczę, co się dzieje.
- ANDREAS, OTWIERAJ! WIEM, ŻE TAM JESTEŚ! - usłyszałam znajomy głos.
- O cholera, to mój ojciec. Co go tak opętało? - zapytał, chyba retorycznie, chłopak. Nie posłuchałam tego, co wcześniej do mnie powiedział, tylko skryłam się za jego plecami. Byłam ciekawa, co się stało. Andreas przekręcił klucz w zamku i otworzył drzwi. Do korytarza, jak strzała, wpadł senior Wellinger. Podbiegł do Andreasa, złapał go za koszulkę i uniósł nieznacznie. Skoczek był oszołomiony zaistniałą sytuacją tak bardzo, że nawet się nie bronił. Zresztą, ja również nie wiedziałam, co jest na rzeczy. Zaczęłam prosić pana Stefana, żeby puścił Andreasa.
- Co ty będziesz mi mówić, co ja mam robić?! Nie wkręcaj mojego syna w dziecko, zrozumiałaś?! Mała, puszczalska... - tu przeklnął dość mocno i już chciał mnie popchnąć, kiedy na jego drodze stanął Andreas, wcześniej uwolniony z rąk rodzica.
- Carina, szybko do pokoju, zrozumiałaś?

Posłuchałam jego prośby. W środku cała się trzęsłam. Jeszcze nigdy nie widziałam nikogo, kto byłby tak wzburzony. I jeszcze nigdy nie byłam tak potraktowana. Czułam się bardzo źle, dodatkowo bałam się o ukochanego, który, bądź co bądź, został z rozemocjonowanym ojcem w przedpokoju. Przez drzwi słyszałam ich głosy.

- Tato, uspokój się, dobrze?
- Synu, jakie 'uspokój się'?! Jakie 'uspokój się'! Ta mała przebiegła - kolejne przekleństwo - wrabia ciebie w dziecko, a ty się tak dajesz? Nie tak ciebie wychowywałem, nie daj sobą pomiatać!
- Tato, spokojnie. Usiądź w salonie, wszystko tobie wyjaśnię.
- Nie chcę nigdzie siadać, a i ty nie masz mi co wyjaśniać. Dostałem wiadomość, że Carina spodziewa się dziecka i jestem święcie przekonany, że to nie ty jesteś ojcem.
- To ja jestem ojcem tego dziecka. Razem z Cariną będziemy rodzicami. Nie unoś się, spokojnie. Daj mi coś powiedzieć. Nie będziesz mówił mi, co mam teraz zrobić, mam prawie dziewiętnaście lat. Carina urodzi to dziecko, wychowamy je. Jak normalni rodzice, rozumiesz to?
- Nie, nie rozumiem! Nie daj tak sobą manipulować - chyba dopiero wtedy się rozpłakałam. Stefan Wellinger nigdy mnie nie lubił, chociaż starałam się go do siebie przekonać. Ale chyba fakt, że wychowywałam się w Domu Dziecka przechylał szalę nie w tą stronę, w którą bym chciała. Nie trawił mnie, był skłonny mnie obrażać, bez żadnych skrupułów.
- Nie będziemy tak rozmawiać. Albo starasz się to zaakceptować, albo stąd wychodzisz. Sam chciałem ci o tym powiedzieć, już wkrótce, ale jak widać, ktoś, kto chce popsuć nasze relacje, był szybszy.
- Podziękuj swojemu przyjacielowi. Jeszcze mamy do pogadania, gówniarzu - warknął mecenas Wellinger i trzaskając drzwiami wyszedł z naszego mieszkania.

Nie ruszałam się z zajmowanego miejsca. Łzy niekontrolowanie spływały po moich policzkach, a nogi trzęsły się niemiłosiernie. Chociaż to 'niebezpieczeństwo' w postaci braku kontroli nad sobą pana Wellingera minęło, nie potrafiłam się uspokoić. Andreas szybkim ruchem otworzył drzwi do pomieszczenia, w którym siedziałam i już po chwili był przy mnie. Przytulił mnie mocno do siebie i zaczął głaskać po włosach.

- Nie mogę uwierzyć, że Marinus powiedział o tym mojemu ojcu. No w głowie mi się to nie mieści - powtarzał z niedowierzaniem, jakby do siebie - Carina... Nie przejmuj się. I przestań się trząść, skarbie.
- A-Andreas... A co, jeśli on powiedział już trenerowi, a trener zareagował tak samo? - podniosłam głowę z jego torsu i spojrzałam prosto w jego niesamowicie niebieskie oczy. Widziałam w nich strach.
- Nie denerwuj się, to tylko zaszkodzi dziecku, a tego nie chcemy. Słoneczko, porozmawiam z trenerem. Marinus obiecał nikomu nie powiedzieć! Szybciej podejrzewałbym tą paplę, Heidi... Ale on? To mój najlepszy przyjaciel. Ojcu też muszę przemówić do rozsądku. Carina, będzie dobrze, zrozumiano? Pamiętasz, co powiedziałem ci ostatnio?
- To o wzleceniu ponad strach?
- Dokładnie. Masz mnie, pamiętaj. A ja zawsze przy tobie będę. Taki mini anioł stróż w mojej skromnej osobie. Nic nie stanie się tobie ani dziecku. Już ja o to zadbam - wyszeptał i delikatnie drżącą rękę wyciągnął w moją stronę. Spojrzał mi w oczy. Kiwnęłam mu głową. Położył dłoń na moim brzuchu, ja położyłam na niej swoją. Popatrzeliśmy na siebie. I z naszych oczu popłynęły łzy.


*oczyma Andreasa*
- Marinus, masz może chwilę dla swojego przyjaciela? - położyłem nacisk na ostatnie słowo. Zapłakana Carina zasnęła w moich ramionach, a ja jeszcze tego samego dnia chciałem wyjaśnić pewne sprawy.
- Andreas, właśnie chciałem do ciebie dzwonić - usłyszałem.
- Co ty nie powiesz? Coś się stało, brachu?
- Bo ja... Daj mi to wytłumaczyć, Andi!
- Marinus, co tu wiele tłumaczyć? Obiecałeś mi zachować tajemnicę dla siebie, a tu nagle mój ojciec się o wszystkim dowiaduje - Magia! - podniosłem głos, emocje wciąż we mnie buzowały, nie potrafiłem tego poskromić.
- Ja wiem, strasznie głupio wyszło, ale to nie tak, jak myślisz, naprawdę!
- A jakie są realia? Nie rób ze mnie głupka, Kraus.
- Chciałeś mojej pomocy, tak? Sam nie mogłem niczego wymyślić i postanowiłem zapytać Andreasa Wanka czy ma jakiś pomysł. Przecież się z nim trzymamy, a on jest tak spokojny, że na pewno nikomu nie pisnąłby ani słówka, znasz go.
- To byłbym w stanie ci wybaczyć. Ale jakim cudem to nie Wank, a mój ojciec się o tym dowiedział?
- Ja mam ich... Mam ich obok siebie na liście w kontaktach i musiałem źle nacisnąć... Andreas, ja przepraszam, tak bardzo mi wstyd!
- Marinus, jak mogłeś być aż tak nieostrożny, no powiedz? Jak?! Wiedziałem, że jesteś roztrzepany, ale aż tak? Dobrze, że z kobietami jesteś bardziej uważny, wiesz? Gdybyś tylko widział Carinę... Się tak zdenerwowała, że przez pół godziny powtarzałem jej, że będzie dobrze, by tylko się uspokoiła. Stres nie jest dla niej dobry. Ale wiesz, co jest najgorsze? Że sam nie wiem, czy będzie dobrze. Mój ojciec bywa tyranem, choć może na takiego nie wygląda.
- Andreas, masz nas. Masz mnie, Wanka, nawet Richard i Severin by was wsparli! I raz jeszcze przepraszam.
- I tak musiałby się o tym dowiedzieć. Nie przepraszaj. Do zobaczenia na treningu.
- Śpij dobrze i ucałuj ode mnie Carinę.

To, co tak odwlekałem w czasie, nadeszło. Nie w taki sposób, w jaki powinno, nie z moich ust. Ojciec mi tego nigdy nie wybaczy, a co gorsza nie wybaczy tego Carinie. A przecież oboje jesteśmy odpowiedzialni za tą sytuację, nie tylko Bogu ducha winna, moja Carina. Wezmę sprawy w swoje ręce, postaram się wymazać z pamięci zachowanie Marinusa, który doskonale dobrał się z Ellermann. Otoczę opieką Carinę i nasze nienarodzone jeszcze maleństwo. Przez szparę w drzwiach spojrzałem do sypialni. Słodko spała. Była taka niewinna, bezbronna i cała moja. Nie chciałem dla niej źle, nigdy w życiu! Ale los obdarzył mnie takim, a nie innym ojcem.

    I wówczas w duchu obiecałem sobie, że nie wezmę z niego przykładu i będę najlepszym tatą, jakim tylko mógłbym być.



Dzień dobry wszystkim! 
Jestem z ósemką. Sama nie wiem, co mam sądzić o tym rozdziale. Czuję, że od kilku rozdziałów oczekujecie czegoś więcej, takiego BUM! 
Dlatego za wszystko przepraszam, staram się, jak mogę i mam nadzieję, że usatysfakcjonowałam Was chociaż troszkę :)


Pozdrawiam,
Dominika xx

czwartek, 10 lipca 2014

Rozdział VII. 'Wzlećmy na skrzydłach miłości ponad strach'

- Spakować ci tą szarą bluzę? - zapytałam, wkładając do andreasowej torby jakieś dresowe spodnie i uprzednio przygotowane przez chłopaka i wyprasowane przeze mnie koszulki.
- Możesz, lubimy wieczorne spacery, a w Einsiedeln bywa chłodno - odparł, wychodząc z łazienki z kosmetyczką, również spakowaną przeze mnie.
- Andreas, możemy usiąść i chwilę porozmawiać? - zapytałam, kiedy dołożył do walizki ostatnie rzeczy.
- Tak, wyjeżdżamy za trzy godziny, więc mam chwilę dla ciebie.
Mam. Chwilę. Dla. Ciebie. Andreas, ja potrzebuję zdecydowanie więcej! Potrzebuję zrozumienia i oparcia! Przez ostatnie dwa tygodnie się mijaliśmy. Rozmawialiśmy o pogodzie i wybrykach Marinusa. Odkąd Andi wiedział o dziecku, stał się oziębły w stosunku do mnie, a co ja miałam zrobić? Nie zmuszę go przecież do niczego!
- Andreas, czy ty mnie jeszcze kochasz? - zapytałam, siadając na krześle, tuż obok stolika.
Zapadła cisza. Chłopak kucnął przede mną i ujął moje dłonie w swoje. Spojrzał w podłogę. Czułam, że powie po prostu 'Mieszkamy razem tylko dlatego, że nosisz pod sercem moje dziecko'.
- Carina, dlaczego pytasz?
- A jak myślisz? Ostatnio mnie ignorujesz. Jestem dla ciebie tylko sprzątaczką i kucharką. Śpisz w salonie. To normalne, tak sądzisz? Przez te dwa tygodnie bardzo się oddaliliśmy, dlatego chcę znać prawdę.
- Kocham cię.
- Czemu wydaje mi się, że powiedziałeś to bez przekonania?
- Carina, to wcale nie jest takie łatwe, jak myślałem.
- To nie jest dla mnie zaskoczeniem. Ja wiem o tym od miesiąca, maskuję się, jak ty. Tylko ty jesteś sportowcem, walczącym o miejsce w kadrze, ze staroświeckim ojcem o trudnym charakterze na karku. Ja nie mam nikogo! Tylko ciebie, Andreas!
- Carina, daj mi jeszcze jakiś czas.
- Andreas, my nie mamy czasu, do cholery! Powiedz o tym ojcu, musisz mu o tym powiedzieć! Chyba, że mniej boisz się trenera, to od niego zacznij.
- Boję się reakcji każdego z nich.
- To powiedz Marinusowi albo Richardowi!
- Carina, sam wiem, co mam zrobić! - wstał i krzyknął na mnie.
- Andreas, ja... Przytul mnie, błagam - moje oczy zaczęły szklić się od łez, musiałam być silna.
Wellinger spojrzał na mnie. Wziął walizkę i wyszedł. Cholerny dupek! Rzuciłam butem w drzwi. Zostawił mnie z tym, wróci za kilka dni i będzie udawał, że wszystko jest w porządku?! Już się w tym gubiłam. Kochałam go, ale jego zachowanie wciąż mnie zaskakiwało i z pewnością nie było takie, jakiego bym chciała. A mówią, że to kobiety w ciąży mają swoje humory!


- Heidi, masz chwilę? - zapytałam blondynkę przez telefon.
- Jasne, z Marinusem przecież nie jechałam. Wiesz, że w Szwajcarii mają niedobre jedzenie i dziwny klimat! Cholera, biedny Marinus!
- Heidi, za czterdzieści minut u mnie, dobrze?
- Dobrze, zgoda!
Poprosiłam dziewczynę Krausa o przyjście, bo w końcu musiałam oddać dług. Ale chyba też potrzebowałam z kimś pogadać. A pod ręką miałam tylko Heidi, nie licząc pani Valerie, ale to nie to samo. Kiedy tylko blondynka przekroczyła próg naszego mieszkania, z jej ust zaczęło wydobywać się wiele zdań bez uwzględniania znaków interpunkcyjnych. Niewiele sobie z tego robiłam, znałam Heidi zbyt dobrze, wiedziałam, że mówi o jakiś nieważnych sprawach. Nalałam do dwóch szklanek zimnego napoju i zaniosłam je do pokoju, w którym siedziała już moja znajoma. Postawiłam je na ławie i wyszłam do sypialni po kopertę, w której miałam zapakowane pieniądze. Dokładnie te, które Ellermann pożyczyła mi przed dwoma tygodniami.
- Proszę, Heidi. Bardzo dziękuję za tą pożyczkę - uśmiechnęłam się, wręczając dziewczynie jej oszczędności.
- Nie ma sprawy. Już nie będę drążyła tematu 'na co i po co'. Oddałaś, a to najważniejsze, prawda? Kupię sobie taką śliczną beżową sukienkę, widziałam ją ostatnio na wystawie! Pokażę ci ją i pożyczę, jeśli tylko będziesz chciała - rozpromieniła się. Tak, Heidi, ale wątpię, bym się w niej zmieściła. Ona szczupła, a ja przybierająca i na wadze, i w pasie - Właśnie, dostałaś się na studia?
Ellermann potrafiła niezwykle szybko zmieniać tematy, ale tego pytania się nie spodziewałam. Inaczej, nie byłam na nie przygotowana.
- Ja? Czy się dostałam, tak? - zaczęłam się jąkać - Nie, nie przyjęli mnie.
Zwiesiłam głowę, chyba ze wstydu. Okłamałam ją, chociaż tak bardzo nie chciałam. Była wielką gadułą, to prawda, ale nie chciałam jej ranić, kłamiąc w jakiejkolwiek sprawie.
- Carina, ale jak to?! - blondynka zareagowała impulsywnie - Nie dostałaś się na tą twoją matematykę? Nie wierzę! Dlatego Andreas chodzi ostatnio taki smutny i przygaszony?
Zmiotła mnie tym pytaniem. Poczułam się, jakby ktoś sypnął mi piaskiem w oczy. Andreas przecież nie chciał, żebym nikomu mówiła. Ale Heidi chyba pragnęła tej prawdy. Chciała coś ze mnie wyciągnąć. Ale najbardziej zabolało mnie to, co powiedziała. Że Andreas cierpi. On musiał to wszystko dusić w sobie, nie miał z kim o tym porozmawiać! My nie poruszaliśmy tego tematu od ostatniej rozmowy po wyjściu pani Meyer. A on chciał rady! Chodził taki zmieszany i smutny, bo nie wiedział, co robić. Zgubiliśmy się. Byliśmy jak ślepcy. Choć bardzo chcieliśmy, nie potrafiliśmy trafić na właściwe drzwi. Byliśmy z tym sami, bez wsparcia najbliższych dla nas osób. Powinniśmy być dla siebie ukojeniem, oazą. Ale potrafiliśmy się tylko nakręcać. W końcu to zrozumiałam i wiedziałam, że tak dalej żyć, po prostu, nie mogę.


- Nie, to chyba nie o to chodzi, Heidi. Zresztą, dostałam się na te cholerne studia - spojrzałam jej prosto w oczy swoim smutnym spojrzeniem.
- Carina, nie przerażaj mnie! W tym momencie boję się, że wyskoczysz mi z informacją o jakimś nowotworze albo gorzej!
- Biorąc pod uwagę twój światopogląd, jest gorzej. Ale obiecaj, że nikt się nie dowie. Inaczej Andreas mnie zabije!
- Spokojnie, mała! Ale mów mi szybko, co jest na rzeczy, bo sama nie wiem, czego się spodziewać!
- Będę miała dziecko z Andreasem
Heidi podskoczyła, jak rażona piorunem. W jej oczach dostrzegłam przerażenie pomieszane z niedowierzaniem.
- No chyba sobie kpisz w tym momencie.
- Jakżebym śmiała?
- Co wy teraz zrobicie? Trener jest zapatrzony w Andiego i jego umiejętności, a tak ciętego ojca jak pan Wellinger w życiu nie widziałam. Carina, masz przerąbane - skwitowała.
- Dziękuję, że mnie pocieszasz, niezmiernie dziękuję! Obiecaj, że nikt się, póki co, o tym nie dowie.
- Dobra, nikomu nie powiem - powiedziała i kolejny raz pokręciła z niedowierzaniem głową.

 

*oczyma Andreasa*
Tuż po przyjeździe do Szwajcarii postanowiliśmy nie odpoczywać, tylko wybrać się na krótki spacer. Chłopaki żartowali, a ja tylko krzywo się uśmiechałem, dla niepoznaki.
- Młody, mów, co jest! Zachowujesz się ostatnio jak duży dzieciak. Możemy jakoś pomóc?
- Nie, dziękuję za waszą troskę. Pokłóciłem się z Cariną przed wyjazdem, nic wielkiego - doprawdy, Wellinger. Nic wielkiego, tylko będziesz ojcem.
- Święty Andreas pokłócił się z dziewczyną bez wad? - zażartował, albo inaczej, chciał zażartować Freund.
- Zamknij się, Severin i nie wtrącaj się w nieswoje sprawy! Zostaw w spokoju, Carinę, dobra? - syknąłem w jego stronę. Miałem ochotę zostawić ślad po sobie na jego ciele, ale odpuściłem. Nie chciałem kłopotów. Freund do końca spaceru się nie odzywał. A ja poczułem, że Carina mnie potrzebuje, właśnie takiego! Broniącego jej, będącego na każde jej zawołanie, mówiącego co wieczór z uczuciem 'Kocham cię'. Kobiety są tak skonstruowane, Wellinger, no tak! Ona mnie potrzebowała! A my pogubiliśmy się w sobie. Czy ja naprawdę potrzebowałem aż tak dużo czasu, by to zrozumieć? Musiałem się komuś wyżalić, a najodpowiedniejszą osobą wydawał mi się Marinus, dlatego też zaraz po przyjściu do hotelu poprosiłem go na kilka słów.
- Marinus, jesteś mi w tym momencie bardzo potrzebny. Muszę ci o czymś powiedzieć, nie jest to dla nie łatwe, uwierz.
- Stary, zawsze możesz na mnie liczyć, zamieniam się w słuch - odparł Kraus i rozsiadł się w hotelowym fotelu,
- Bo ja... Carina.. My z Cariną będziemy mieć dziecko.
Fajerwerków brak, tylko zaskoczenie i otwarta buzia Marinusa.
- Kraus, zamknij buzię, bo coś ci jeszcze tam wleci.
- Nie żartujesz? Może coś ci się wydawało albo Carina się przejęzyczyła...
- Myślałem, że będziesz mnie wspierał! Pokłóciłem się z nią o to czy mówić komuś o tym, czy nie. Ale teraz chyba zaczynam wątpić w to, że to dobry pomysł.
- Wcale nie. Sam pewnie zareagowałeś nie lepiej - usprawiedliwiał się skoczek. Miał rację. Ja akurat zachowałem się jeszcze gorzej. Wręcz dziecinnie.
- Wybacz. Masz rację.
- Twój problem jest moim problemem, naprawdę. Masz jakiś plan? Bo przecież i trener, i twój ojciec muszą się o tym dowiedzieć. Carina wiecznie szczupła w tej ciąży nie będzie.
- Całe dwa tygodnie myślałem nad tym, jak miałaby wyglądać ta chwila i... mam pustkę w głowie. Teraz chyba powinienem zadzwonić do Cariny. Mam nadzieję, Marinus, że mogę na ciebie liczyć i nikomu się nie wygadasz.
- Jasne, że nie! Tylko zadzwoń do niej, a potem pomyślimy nad resztą!
Przytuliłem go po bratersku, pożegnałem i wziąłem telefon w dłoń. Wyszukałem w kontaktach jej numer. Patrzyłem na wyświetlacz i zastanawiałem się, co mogę jej powiedzieć. Bo fakt, że zadzwonię, był wewnętrznie przegłosowany. Zielona słuchawka. Weź się w garść, Wellinger.


- Słucham? - zapytała. Nigdy nie patrzyła, kto do niej dzwoni. Jej nawyk dał mi kilka sekund przewagi.
- Cz-cześć, Carina. Chciałbym z tobą porozmawiać.
- Oh, Andreas. Ja... Wybacz, nie spodziewałam się, że zadzwonisz. Sam wiesz...
- Tak, doskonale wiem! Kochanie... Chciałbym ciebie przeprosić. Za dzisiaj, za wczoraj, za ostatnie dwa tygodnie. Za to, że nie byłem dla ciebie wsparciem. Marinus wie. Pomoże mi coś wymyślić, przygotować się do spotkania z ojcem i panem Wernerem. Carina, skarbie, słuchasz mnie?
- Andreas... Ja tak długo czekałam na ten moment. Co ci w końcu uświadomiło, że by być mężczyzną trzeba wziąć odpowiedzialność za swoje czyny?
- Wymiana zdań z Severinem. Zrozumiałem, że mnie potrzebujesz. Kocham cię i to nie jest udawane uczucie ani nie są to fałszywe słowa. Carina, jesteś dla mnie kimś wyjątkowym. Będziemy rodzicami, to chyba radość, prawda?
- Tak powinno być. Ale czy będziemy potrafili się w tym tak do końca odnaleźć?
- Zrobię wszystko, by tak było. 

- Dziękuję, tak bardzo. Jest jeszcze jedna sprawa... Wiem, że prosiłeś o dyskrecję, ale musiałam z kimś o tym porozmawiać.
- Z kim? Carina, nie mów, że zaprosiłaś Ellermann do siebie i jej wszystko wyśpiewałaś.
- Właśnie tak było.
- To chyba mamy kłopoty i to niemałe.
- Andreas, ja nie chciałam.
- Wiem, to tylko i wyłącznie moja wina. Chciałbym ciebie teraz przytulić i pocałować w czółko, wiesz?
- Kocham ciebie. Poradzimy sobie, musimy, Andreas! Bądźmy wojownikami w tej batalii. Nikt nam niestraszny. Mamy siebie, a to jest ponad wszystkim.
- Wzlećmy na skrzydłach miłości ponad strach, Carina. Tak będzie najlepiej.




Cześć i czołem! :)
Przybyłam, nareszcie! Ale coś czuję, że nie tego do końca się spodziewaliście. Ja chyba też nie. Ale Andreas nie jest głupim chłopakiem, przynajmniej nie chciałam takiego z niego zrobić. Coś zrozumieli. Ale tam u góry, jest ukryte coś jeszcze. To nie koniec, zaznaczę! :D

Przepraszam za ten, chyba przesłodzony, fragment na końcu rozdziału. Nie wiem, czy tak to chciałam ująć, ale z drugiej strony Carinie się to należało :)


Dziękuję, że jesteście i mnie wspieracie, to dla mnie bardzo ważne! ♥

Wasza Dominika <3